Uganda

Szukasz pracy zdalnej?

Albo potrzebujesz nowych klientów?

Zobacz moją propozycję.


Podróż w czasie. Uganda

galeria na dole


Entebbe. Świeczki i lampy naftowe oświetlają warzywa i owoce na sobotnim targu. Aromat dymu przypomina ten z polskich cmentarzy podczas Święta Zmarłych. Mój pierwszy wieczór w Ugandzie wprawie mnie w zdziwienie i mały zachwyt. Przed chwilą byłem w nowocześnie zaaranżowanym sklepie spożywczym, z pełnymi półkami, w tym dwustugramową czekoladą Wedla, a przejście przez ulicę niczym wehikuł czasu zabiera mnie do przeszłości sprzed stu lat. Czuję jakbym się znalazł w środku opowieści swojej babci.

Nigdzie spośród prawie siediemdzeisęciu odwiedzonych państw nie czułem się w taki sposób. Owszem, wyprawa do Indii w 2007 r. była trochę przejściem na drugą stronę lustra, ale może właśnie ten wachlarz inności był tak szeroki, że nawet trudno było je przyrównywać do polskiej rzeczywistości. Zresztą biedne, zatrzymane w czasie Indie raziły śmieciami i poziomem higieny, a ugandyjski targ ma się całkiem dobrze.

Kilka dni później w miejscowości Jinja u źródeł Białego Nilu, w centrum miasta widzę jak mężczyzna w wąskiej uliczce prasuje koszulę żelazkiem z duszą, czyli na rozżarzone węgle. Zastygam w niedowierzaniu. Jakie to szczęście, że nie popadłem jeszcze w podróżniczą rutynę i ciągle mnie coś dziwi. W tym to, że przy tak niskim poziomie cen i łagodnym klimacie w wielu miejscach jestem jedyną białą twarzą. Może i lepiej.
 

Reportaże z Ugandy

W ramach podróży po Afryce publikuję kolejne reportaże, dotychczas ukazały się:

- Podróż w czasie
- Przygody nad wodospadami Sipi
- Ruwenzori. Królestwo kameleonów
- Rafting na Nilu i bicie dzieci
- Polscy uchodźcy w Ugandzie
- Na bezludnej wyspie

W lesie

Las deszczowy Mabira wita mnie tańcem świetlików rozbłyskujących tuż po zachodzie słońca niczym lampki choinkowe. Nie są to te same robaczki świętojańskie znane nam w Polsce, te afrykańskie są wyraźnie większe i występują w większych skupiskach, więc widowisko, które oferują co wieczór, wprawia w małe osłupienie. Przy ognisku spotykam trójkę trzydziestolatków mówiących po niemiecku. Gdy prostolinijnie próbuję zgadnąć ich pochodzenie, stanowczo wyjaśniają, że są z Austrii i mówią innym dialektem niż Niemcy. Podobno ci, aby oglądać austriacką telewizję potrzebują napisów.

Tak jak w lasach deszczowych na innych kontynentach, tak i tutaj noc to pora największej aktywności zwierząt. Obozowisko Griffin mieści się na początku lasu, tuż za wioską Wasswa, o czym przypominają od czasu do czasu odległe warkoty motocykla czy okrzyki dzieci. Wraz z zapadającym zmrokiem te ostatnie są coraz bardziej zagłuszane budząca się dżunglą. Arie ptaków przeplatają się z cykaniem cykad i brzęczeniem innych owadów. Niektóre z nich brzmią jakby cierpliwie powtarzały dźwięki alfabetu Morse’a.  Małpie nawoływania, rechoczące żaby, a gdy zapadnie ciemność najbardziej charakterystyczne przeszywające powietrze na kilometry tajemnicze, rozpaczliwe krzyki.

Na drugi dzień pracujący tu Rajab opowiada mi o zwierzętach. Z entuzjazmem naśladuje ich odgłosy demaskując w ten sposób tajemnicze i nieco straszne nocne dźwięki wydawane przez góralka, włochatego ssaka żyjącego w koronach drzew, który wbrew swemu wyglądowi zaliczany jest przez genetyków do bliskiego krewnego słonia, choć dla mnie to bardziej chomik - gigant.

Zaciekawił Cię ten tekst?
Śledź mnie na Facebooku albo wpadnij na spotkanie podróżnicze, które organizuję.

Naszej rozmowie przysłuchuje się Husein. Obaj panowie mają karnację gorzkiej czekolady i wygolone na łyso głowy. W tej chwili przypominam sobie ostatni sen, w którym ktoś przekonywał mnie, że jeśli chciałbym mieć ugandyjską dziewczynę, to musiałbym być łysy.

***

Biało-czarna pliszka afrykańska podryguje ogonem przed moim hamakiem i przerzuca patyczki, aby ostatecznie wybrać właściwy i odlecieć do... rynny, gdzie niewątpliwie wije sobie gniazdo. Spotykam i słyszę bardzo dużo ptaków. W Ugandzie naliczono ich ponad 1000 gatunków. Najlepszy moment, aby je spotkać, to spacer wczesnym rankiem. Idę w głąb dżungli, która prowadzi mnie do polany z pięknym widokiem na konary lasu deszczowego oraz mały wodospad Griffin. Nie spotkałem nikogo na trasie, choć niedziela.

Podczas nocnego spaceru co jakiś czas zatrzymuję się w ostatniej chwili napotkawszy pajęczą sieć rozwieszoną ponad ścieżką. W zasadzie nieuważny powrót tą samą trasą po dwóch godzinach może spowodować, że zniszczę czyjeś m1! Słyszę darcie góralka, z każdym krokiem coraz wyraźniej. W końcu trafiam pod drzewo, z którego się wydziera. Włączam dyktafon. Intymne i nieco przeraźliwe spotkanie.

Zimny prysznic to okazja na hartowanie albo ćwiczenie asertywności prosząc personel o zagotowanie wody w czajniku. Dziś jednak wody w mojej łazience nie ma wcale. Dobrze, przyjdę za chwilę – słyszę od jednego z chłopaków. Piętnaście minut później trzyosobowa ekipa przybywa na ratunek i zaczyna pompować wodę z dolnego zbiornika do zbiornika na dachu. Sytuacja robi się nieco urzekająca. Jeden pan świeci latarką, a drugi pompuje wodę stepując na urządzeniu wyglądającym jak steper na siłowni. Trzeci się przygląda.
 

Kuchenne wyzwania

Do Griffin Falls Camp można dostać się minibusem z Kampali zatrzymując się w miejscowości Lugazi i stąd wynajmując tani transport motocyklem (tz. boda boda) przez plantację trzciny cukrowej. Jeśli jedzie się minibusem i ma więcej niż 180 cm wzrostu, warto negocjować miejsce z przodu, chyba, że lubi się sport - ciągłe przepychanie się w środku z migrującymi pasażerami zapewni ćwiczenia i rozrywkę podczas całej podróży. O swoim wzroście zapominam i oprócz ćwiczeń obrywam dwa razy w kolana metalowym fragmentem rozkładanego siedzenia.  Minibus miewa też postoje, podczas których czeka aż samochód dosłownie się zapełni.

Gdy kończę spisywać te słowa na niebie powoli dogasa błękit. Częściowo przysłania go wata z altocumulusów. Do zenitu wspina się księżyc, a gdzieś przez konary miga pierwsza gwiazda. Pewnie Syriusz. Mój hamak już niemal zastyga w bezruchu, może czas się zawijać, zwłaszcza, że niebawem będzie kolacja. Tylko dla mnie, bo od dwu dni jestem tu jedynym gościem.

Do jedzenia mogę zażyczyć sobie co tylko zechcę (posiłki w granicach 10-15 zł), pod warunkiem, że mają takie produkty i umieją to przyrządzić. No to życzę sobie pastę z bananów i awokado w proporcjach 3:1. Nie ma sprawy, ale czy mogę sam sobie je ugnieść? Nora ma wątpliwości czy kucharka zrobi to dobrze.

Idę po kakao, które kupiłem jeszcze będąc na Zanzibarze. Dodaje przyjemnego czekoladowego posmaku całej paście, a przy okazji odrobinę wolno uwalnianych kalorii. Można jeść z chlebem lub z powszechnym tu chiapati, czyli cienkim plackiem z mąki razowej, które wprowadzili Hindusi.
 

Multiplikacja

Na Couchsurfingu odzywa się do mnie dużo osób widząc mój plan podróży. Oferują noclegi i towarzystwo, a nawet wspólną jazdę w dzicz. Pisze do mnie też dwóch pracowników z sierocińców w Jinjy. Oferują zwiedzanie Ugandy i zrzutkę na paliwo. Proponuję, że poprowadzę dla ich dzieciaków jakąś lekcję - angielskiego albo na temat higieny plastiku. Są za. Nim wybiorę się do ich sierocińców, proszę o spotkanie. Nie mają referencji na CS i to mnie zastanawia.




Czekam na nich w swoim mieszkaniu. Don i Mohamed dzwonią kolejno z Whatsappa. Zaraz będą. Jak zdążyłem się przyzwyczaić, spotkania w Ugandzie to rodzaj sportu, prawie jak poszukiwanie skarbu. Nieprecyzyjne mapy, zamknięte ulice, niezgodność nazw, a czasem luźna interpretacja słowa obok. Obaj panowie lądują na innej ulicy, na szczęście to tylko przecznica. Don twierdzi, że już jest. Wychodzę. Widzę przy bramie jak obok strażnika siedzi chłopak. Podchodzę z wyciągniętą ręką i pytam: Don? Kiwa głową. Wymieniamy uścisk dłoni. Prowadzę go na taras. Pytam czy chciałby napić się wody. Nie. Siadam i mówię, żebyśmy poczekali jeszcze na drugiego chłopaka.

Znów odzywa się Whatsapp, gość mówi,  że zaraz będzie. Idę, wychodzę za bramę, a tam tylko dwóch kierowców motocykli i jeszcze jeden miejscowy. Ten ostatni podchodzi do mnie i zaczyna coś mówić. Ja tymczasem wypatruję Mohameda, który powinien mieć przecież telefonu przy uchu, skoro z nim rozmawiam. Twierdzi, że już jest prawie na miejscu. Chłopak obok jest trochę nachalny, chyba chce mnie nakłonić na płatną jazdę motocyklem. Mówię, że czekam na kogoś. A on odpowiada, że czekam na niego.

- Co? Kim Ty jesteś?

- Jestem Don.

Głupieję. Odwracam się za siebie i widzę Dona, który siedzi na tarasie. Równocześnie słyszę w słuchawce Mohameda. Dopytuję, czy Don z sierocińca. On potwierdza. Znów się obracam z miną idioty, sprawdzam, czy mi czegoś nie wynoszą z pokoju. Don I siedzi spokojnie na fotelu. Za chwilę pojawi się Mohamed i będzie nas w sumie czworo. Multiplikacja. Opowiadam Donowi II, jak go przecież przed chwilą spotkałem, wybuchamy śmiechem i idziemy w kierunku tarasu.

Okazuje się, że Don I to chłopak z sąsiedztwa, który siedział sobie przy bramie ze strażnikiem i nie zrozumiał mojego pytania  na początku, a że ja serdecznie i z pewnością siebie powitałem go i zaprosiłem na taras, to poszedł za mną...

Po chwili byliśmy we właściwym składzie trójkowym. Chłopcy mnie wysłuchali, umówiliśmy się na spotkania w ich sierocińcach. Opowiedzieli tez o potrzebach dzieciaków. Don pyta, czy znam jakiś sponsorów. Odpowiadam, że postaram się pomóc.

Co do wycieczki do wodospadu Sipi, od którego zaczął się kontakt z oboma panami, to oczywiście wszystko aktualne. Ale Don musi zapłacić za wynajem auta, a Mohamed zrobić przegląd swojego, gdy będzie mieć pieniądze...

 

Sztuka gotowania jajek

Dziś po śniadaniu spotkam się z dzieciakami od Mohameda. Gotuję jajka u moich gospodarzy ,garstka dzieciaków przygląda mi się uważnie. Pytam najstarszej dziewczyny, co oni się tak gapią, a ona, że nie widziały, żeby ktoś gotował jajka przez 6 minut (6,5 minuty - myślę sobie, ale nie będę jej poprawiał). Jajka na miękko nie są tu znane, choć dla mnie w smaku lepsze, a na dodatek zachowują więcej wartości odżywczych. Znajoma sportsmenka, z którą podróżowałem kiedyś po Sumatrze gotuje jajka w temperaturze 80 stopni...

Te 6,5 minuty to taki strzał, bo przecież wszystko zależy od wielkości i ilości jajek, ich temperatury początkowej, o mocy płomienia nie wspominając. Tutaj muszę jeszcze dodatkowo uwzględnić czas dojścia z mojego pokoju do kuchni, a po drodze taras i przeskoczenie barierki - żeby było na skróty. Ostatecznie okazuje się, że żółtka się ścięły. Miała rację - 6 minut.

Tanie życie

Ceny lokalnych produktów są wyjątkowo niskie. Awokado już od ok. 30 groszy za sztukę, ale jeśli zapragniemy produkt importowany, możemy się zdziwić - za małe jabłko np. zapłacimy ponad złotówkę. Najtańszy ciepły posiłek w barze zjadłem za 2 zł. W cenie ok 10-20 zł możemy zjeść już wyśmienicie. Tanio wychodzą też noclegi, zwłaszcza na airbnb, bo małe mieszkania pojawiają się już od ok. 55 zł za dobę. Przy okazji pozwolę sobie na małą reklamę, bo z tym linkiem można otrzymać 33 funty zniżki na nocleg na airbnb :)

Uświadamiam sobie odpowiedzialność, jaka na mnie ciąży, gdy mówię im o czymś nieznanym. Niedługo spotkam się z dzieciakami, aby opowiedzieć o plastiku. Postanawiam ograniczyć swój przekaz do minimum. Raz, żeby nie zanudzić, dwa – nie chce się zagalopować i uprawiać cejrografii, palnąć jakąś głupotę ex cathedra tylko dlatego, że mi się wydaje, że tak jest. Przecież dzieciaki mogą to łyknąć bezrefleksyjnie.


Palenie plastiku jest dobre

Słyszę to od dzieciaków z sierocińca. Słyszałem też od wielu dorosłych. Na jednej z posesji, gdzie mieszkałem jest specjalny piec, w którym pali się śmieci, a popiół rozrzuca na grządkach. Pytałem wtedy gospodarzy i pytam teraz dzieciaków, czy dym z palonego plastiku jest też dobry? Nie. Czy jedzą śmierdzące warzywa lub mięso? Proponuję, aby bardziej ufały swoim zmysłom. Mówią, że to ma sens.

Sam popiół wciąż zawiera toksyny i niekoniecznie jest idealnym nawozem. Zresztą toksyny mogą przedostać się do wód gruntowych. Mówię jeszcze o zagrożeniach dla zdrowia związanymi z niewłaściwym używaniem butelek (więcej o tym piszę tutaj) i mamy ruszyć w teren. Ale dzieci są spragnione i mówią bez krempacji: chcemy wody. Zastanawiam się czy to spontaniczne, czy wyćwiczone oraz ile będzie kosztować ta woda. Po tym jak Don z drugiego sierocińca przestał się odzywać, jestem ostrożny. Idziemy do sklepu. W cenie ok. 10 groszy za sztukę kupujemy wodę. Jak się okazuje woreczki z wodą. Dzieci przegryzają je i ssą wodę. Czuję kwadraturę koła. Kupuję jeszcze worki na śmieci i działamy.



Czy wiesz, że za opóźniony lub odwołany lot przysługuje Ci co najmniej 250 euro odszkodowania? Airhelp załatwi za Ciebie formalności i pobierze prowizję tylko w przypadku wygrania sprawy.

Sprzątamy wioskę Nakanyonyi. Dzieciaki czasem nadinterpretują, a może psocą? Wybierają obierki z miski jakiejś kobiety. Ta robi im awanturę. Pozostali mieszkańcy w milczeniu i zaciekawieniu przyglądają się naszej akcji. Liczę, że zaczną zadawać pytania. Może kilkakrotnie powtórzona akcja zmieni postawy? Ktoś z miejscowych się do nas przyłącza. Z kolei z ośrodka zdrowia wychodzi kobieta i mówi mi, że to jest dobre i że mi dziękuje, może chcemy rękawice?

Wypełnione worki opróżniamy na prowizorycznym wysypisku śmieci. Wygląda na to, że swą przestrzeń wydarło polu z kukurydzą. Nasza akcja będzie miała sens, jeśli ktoś te śmieci zabierze. A to kosztuje. Mohamed mówi, że chcieliby tu postawić jakiś barak. Dobrze byłoby przede wszystkim zrobić solidną podłogę z betonu, żeby toksyny nie przedostawały się do gleby.
 

Jak wygląda ugandyjski sierociniec

To średniej wielkości dom, z łóżkami piętrowymi. Czasem potargane materace. Część dzieci śpi na materacach na podłodze. Mają też ogródek, na którym grają w piłkę, czyli zwój szmat i plastikowych toreb. Są też dwie kury z małymi.  Jest stosunkowo czysto. A już zaczynałem tracić wiarę w sens jedzenia jajek od kur z wolnego wybiegu widząc, jak grzebią w śmieciach. Pytam dzieci, czy chciałyby jeszcze jedną kurę. Tak! Mówię, że kupię. Mohamed mówi coś do nich po ugandyjsku i dzieci zaczynają bić mi brawo. Jakaś szopka. Mówię, że to nie jest show, żeby dały spokój.

Ubrania niektórych dzieci wyglądają jak z planu filmowego, na którym kręcono wojnę. Pytam, czy chciałyby jakieś ubrania z Polski. Dzieci krzyczą, że tak. Odpowiadam, że postaram się jakieś sprowadzić. Dzieci zaczynają bić brawo. Czuję się trochę zażenowany.

Mohamed sugeruje, że można przysłać używane ubrania. Ale myślę, że koszt wysyłki może przekroczyć cenę zakupu ubrań z drugiej ręki. Proponuję, że rzucę temat innym podróżnikom na swojej stronie orazz grupach podróżniczych z prośbą, aby ci wybierający się do Ugandy zapakowali do bagażu niepotrzebne ubrania, a może po prostu kupili coś używanego. Jeśli tylko będą jechać na rafting na białym Nilu albo do wodospadu Sipi, to mają po drodze.

Okazuje się też, że w samej Jinjy jest targ Napia z ubraniami z drugiej ręki. Najtaniej można kupić ciuchy w poniedziałki i czwartki w godzinach 5 - 8 rano. Ale lista potrzeb jest spora. Łącznie z przyborami szkolnymi, no i jedzeniem. Mają wprawdzie pole, na którym posadzono bananowce, awokado, mango, ale to mała przestrzeń, a rośliny młode. Przydałoby się też przynajmniej jedno łóżko trzypoziomowe, żeby dzieci nie musiały spać na podłodze. Ile takie kosztuje? Mohamed mówi, że 350 tys szylingów, czyli jakieś 360 zł.

Choć, szczerze, nie przekonuje mnie sposób prowadzenia strony i robienia jakiegoś plebiscytu czy też brania na litość. Proponuję mu, żeby pokazywali dzieci, jakimi są: radosnymi, bawiącymi się, czasem płaczącymi, bo  koleżanka zabrała zabawkę, czasem kłócącymi, ciekawymi świata. Polubiłem te dzieciaki, za to jakimi są, a nie przez litość czy potrzebę szlachetnego serca lub PR-u.

Aktualizacja: przeprowadziliśmy zbiórkę dla sierocińca: https://zrzutka.pl/dg5ucm - zebrane pieniądze poszły na budowę kolektora na śmieci, który służy całej wiosce (zobacz). Z tego co zostało, ma być kupiony też stalowy garnek dla sierocińca, aby nie gotowano już w aluminiowym. Nadal angażuję się w pomoc dzieciom i społecznościom w Ugandzie. Teraz jednak na poziomie edukacji, aby nie było więcej sierocińców, gdzie dzieci czasem są przekazywane przez... rodziców, których nie stać na ich utrzymanie. Główne wyzwania to edukacja seksualna, tak aby rodzice mieli tyle dzieci, ile są w stanie wychować i utrzymać. Tak, aby dzieci rodziły się tylko z miłości. Inne wzywania to higiena, zdrowe odżywianie, medycyna, przedsiębiorczość. Tutaj podaję namiary na fundację, która czeka na polskich wolontariuszy chcących pomóc w tych obszarach. Sprawdziłem warunki mieszkaniowe - dobre.

 

AIDS

Kiedyś w Ugandzie co czwarta osoba była nosicielem wirusa HIV (prowadzącym do AIDS). Później dzięki silnej edukacji związanej z bezpiecznym seksem odsetek spadł do 2,5%, by bo supremacji amerykańskiej ewangelizacji wzrosnąć do 7%. Duża część chorych na AIDS to dzieci, u których choroba ujawnia się ok. 10 roku życia lub później. Wirusa otrzymali w prezencie od matki podczas życia płodowego. Takie dzieci czasem porzucane są przez rodziców i trafiają do sierocińca. Bywa też tak, że matka umiera z powodu AIDS, a macocha nie chce opiekować się dzieckiem...

W Jinjy moją uwagę zwracają liczne sierocińce oraz ośrodki pomagające chorym dzieciom z z wielkimi napisami AIDS na swoich szyldach.
 

Kura

Jedziemy po kurę. Wybieram taką ładniejszą. Rudą. Lubię rude. Ogólnie. Ruda jest droższa. Płacę równowartość 22 zł. Sprzedawca łapie ją za skrzydła, związuje nogi. Później tak samo Mohamed próbuje ją nieść. Proszę, żeby złapał inaczej. Może pod pachę. Okazuje się, że to nie jest niemożliwe. Obiecuje mi, że w ogródku nie będzie żadnych śmieci, a kury mają być traktowane dobrze.

***
W kolejnych tygodniach moje kolejne przygody, w tym zatrzymanie przez policję za sfotografowanie szpitala. A także reportaż z pięknych i nieopisanych w przewodnikach gór Kadam, gdzie spotkałem dzieci mieszkające w jaskiniach.

Cena noclegu 1 osoby w pokoju 2-os.: od 5 USD*

Zalecana długość pobytu: trzy tygodnie

Najlepszy okres: styczeń, luty, marzec

Transport: Samolotem do Entebbe. Najtańsze loty z Londynu, Stanbułu, Berlina, Frankfurtu, Wiednia, Amsterdamu, Brukseli, Rzymu

Polecane filmy:

Więcej: Informacja MSZ. W przygotowaniu kolejne reportaże o Ugandzie. Łącznie będzie ok. 10.

* minimalna ocena 7 na 10

Galeria