Jezioro Mutanda

Otrzymaj 250 zł zniżki na noclegi przez airbnb!


Na bezludnej wyspie

galeria na dole

Któż nie marzył, żeby się odciąć od świata i zamieszkać na bezludnej wyspie? Odkryłem taką
w Ugandzie. Na dodatek z pięknym widokiem na wulkany.

- Jezioro Mutanda ma 600 metrów głębokości – mówi mi Maggie, która wraz z dwójką pozostałych pracowników hotelu eskortuje mnie na motorówce na wyspę Gahiza, gdzie spędzę dwa kolejne dni. Wyspa ma około dwieście metrów obwodu. Dwa pokoje gościnne, kuchnię, restaurację i pomost. Będę tu wraz z dwójką pracowników hotelu, choć gdybym sobie zażyczył, mógłbym być sam.

Gdy idę spać, Maggie mówi, żebym zamknął się na klucz. Parskam śmiechem.

Poranek. Pokój ma balkon z pięknym widokiem na jezioro lekko przysłonięte przez szuwary,
na których kołyszą się czarno-białe zimorodki, czyli rybaczki srokate. No i co tu robić - iść pływać czy po prostu siedzieć i patrzeć?

Jezioro jest położone 1800 m nad poziomem morza, więc w ciągu dnia jest ciepło, dwadzieścia parę stopni, a nocą chłodnawo. Wieczór spędzimy przy ognisku. Rozpalamy je przed zachodem słońca, gdy w tle majaczą olbrzymie sylwetki wulkanów dzielących Ugandę i Rwandę: Muhavura, Gahinga i Sabyinyo.

Nie zawsze dogaduję się z personelem, na przykład - gdy proszę o sałatkę, twierdzą, że trzeba ją… usmażyć. Więc protestuję, proszę, a później dostaję… smażone warzywa.

Kilka dni później mam przyjemność poznać w Rwandzie właściciela wyspy, Davida. Twierdzi, że to nie jest faktyczna obsługa, bo on dopiero rozwija hotel. Kiedyś kupił wyspę za tysiąc dolarów. Nikt jej nie chciał, bo według miejscowych ciążyła nad nią klątwa. Na wyspę wypędzano ciężarne, niezamężne kobiety. To miała być swoista forma kary śmierci. Ale często z pomocą przypływali biedni kawalerowie, których nie było stać na ślub...

Gdy David kupił wyspę, to po pierwszej nocy odwiedził go poprzedni właściciel, żeby sprawdzić, czy David przeżył.

A może chcesz zwiedzić ze mną Ugandę? Sprawdź szczegóły wyprawy.

 

Termofor na wieczór

Zdobycie majestatycznych wulkanów, które oglądałem z wyspy, to dłuższa eskapada, ale dookoła miejscowości Kisoro jest rozsianych również parę mniejszych. Jeden z nich to Sagitwe. Docieram na szczyt, okazuje się, że krater nie jest pusty. Miejscowi, korzystając z żyznej powulkanicznej gleby, mają tu swoje uprawy. Bataty, fasolka, maniok malują wnętrze wulkanu żywą zielenią.

Reportaże z Ugandy

W ramach ostatniej podróży po Afryce publikuję kolejne reportaże, dotychczas ukazały się:

- Podróż w czasie
- Dzieci jaskiń
- Ćpanie górali
- Dzieci z getta
- Obrzezanie nad wodospadami Sipi
- Ruwenzori. Królestwo kameleonów
- Rafting na Nilu i bicie dzieci
- Polscy uchodźcy w Ugandzie
- Na bezludnej wyspie
- Podpalanie sawanny

Półtorej godziny dalej (jadąc autem) znajduje się Jezioro Bunyonyi. Jest również otoczone malowniczymi pagórkami i usłane wyspami. Tak jak Mutanda z dala od głośnych miast, choć już bez spektakularnych wulkanów w tle. Tutaj zatrzymuję się w Rock Resort.

Amatorzy skorupiaków pewnie rzuciliby się na raki, a mnie zachwyca fakt, że dostaję na wieczór gorący termofor. Świetnie sprawdza się jako podnóżek, gdy piszę na fotelu te słowa. W tle cicho chlupocze woda.

Następnego dnia po południu biorę kajak i odkrywam wysepki na jeziorze. Najpierw odwiedzam niewielką wyspę Itambira mieszczącą przyjemny hotel działający w ramach fundacji wspierającej lokalną społeczność. Kwadrans później zakochuję się w jeszcze mniejszej wyspie Bushara. W gęstym sitowiu odnajduję pomost, cumuję i ruszam na spacer w towarzystwie gęstego śpiewu ptaków. Napotykam tu wielkie namioty. Przed każdym zlew i wiszące lusterko. Do wynajęcia. Chcę tu wrócić za rok na parę dni, czy się uda?

 

Śmierć za cudzołóstwo

Inna wyspa, Akampene, też była swoistym więzieniem. Ciężarne, niezamężne kobiety osadzano tu do 1940 roku. Podobno nad jeziorem Bunyonyi mieszka ostatni świadek tamtych czasów, 96-latka, która została skazana na wygnanie za nieślubne dziecko. Uratował ją rybak.

Oprócz dwóch wspomnianych wysp było jeszcze trzecie miejsce – wodospad, z którego zrzucano  grzeszne kobiety. Do czasu, aż siostra pociągnęła ze sobą brata. Ktoś pewnie zapyta,
a co z mężczyznami, którzy cudzołożyli? Jak mi wytłumaczono, mężczyzn nie karano, bo byli potrzebni do obrony przed najeźdźcami.




Jezioro Wiktorii

Uganda jest nakropiona licznymi jeziorami, w tym całą serią jezior powulkanicznych, którym poświęcę osobny reportaż, gdyż miałem tam sporo przygód, łącznie ze spotkaniem polskiego szamana, który przyjmuje gości i częstuje różnymi specyfikami…

Uganda to w końcu olbrzymie Jezioro Wiktorii z falami muskającymi brzeg, które łączy kraj
z Tanzanią i Kenią. Turyści najczęściej doświadczają go zatrzymując się w Entebbe (tutaj jest główne lotnisko Ugandy), spokojnym i dość nowoczesnym miasteczku, które robi być może zbyt dobre wrażenie przed odwiedzeniem stolicy – Kampali.

To wrażenie sprawia, że po przylocie zatrzymuję się tu aż na tydzień. Zachwycony, że w tym kraju praktycznie nie ma palaczy (czemu sprzyja tak kultura, jak i zakaz palenia w miejscach publicznych), a klimat jest łagodny, dostaję w pysk, gdy odkrywam, że sąsiedzi palą pod moim oknem plastikowe śmieci. No cóż, to tylko jedna strona domu. Przechodzę do drugiej, otwieram balkon i widzę, jak dziecko moich gospodarzy wrzuca śmieci do pieca w ogródku i podpala. No tak, poszli dalej, mają przynajmniej piec. A co będzie z popiołem? Rozrzucą na ziemi. Tego samego dnia rozmawiam
z gospodynią, a ona się dziwi, co ja to wygaduję o jakiejś astmie czy nowotworach. Jeszcze nie wiem, że czeka mnie ciężki miesiąc, dopóki nie dotrę do zachodniej Ugandy, gdzie plastik pali się rzadziej, najchętniej wtedy, gdy turyści już wyjadą.

Zatrzymując się w Entebbe (po czy przed lotem) warto wybrać się do Ogrodu Botanicznego, który za jedyne 10 zł przenosi do wilgotnej dżungli. Znajduję tu półdziką ścieżkę i po minucie tylko odgłosy tła przekonują mnie, że wciąż jestem blisko cywilizacji. Gdybym coś miał jeszcze polecić w Ogrodzie, to zimne piwo Nile i smażoną rybę w restauracji przy brzegu jeziora.

Entebbe to też zabawa w szukanie bezprowizyjnych bankomatów, ale wiem, że tak zdobyta wiedza posłuży mi nie raz, a na dodatek będę mógł się nią podzielić z innymi. DTB, Centenary, Equity nie pobierają prowizji. Prawdopodobnie również Orient.

Tutaj też zderzam się z lokalną kulturą. Najpierw kulturą jazdy – gdy kierowca z CouchSurfingu wpada do rowu wzdłuż ulicy. No nie zauważył. A to pech (w kolejnych dniach przekonam się,
że i tak dobrze skończyliśmy). Oczywiście szybko znajduje się chętny, żeby razem z nami wypchnąć auto z rowu. Po wszystkim kierowca daje mu tysiąc szylingów (około złotówki). Niby bardzo mało, ale zastanawia mnie, czy tutaj płaci się za każdą pomoc?

 

Pożar nad jeziorem

Pobliska Kampala jest przeludnionym, śmierdzącym i nieestetycznym miastem. Tu poznaję dzieci mieszkające na ulicy, których historię spiszę w osobnym reportażu. O samym mieście nie będę się rozwodził, ale gdyby ktoś szukał kolorowych ręcznie zrobionych pamiątek, to w African Village, gdzie kupuję lnianą oryginalną koszulę. Jako azyl od miasta polecam Kawuku Gardens z olbrzymim balkonem i widokiem na Jezioro Wiktorii. Dom ten to
w zasadzie dobrze urządzona willa, z wielką nowoczesną kuchnią, położony w pięknym ogrodzie, odwiedzanym przez liczne ptaki, w tym orły i papugi. Na dodatek podczas mojego pobytu przed oczami ciągle śmiga mi waruga z gałęziami – ten ptak buduje największe na świecie gniazda.

Niedaleko mieści się też restauracja The Snug. Widząc menu, pytam menadżera, skąd takie ceny (dwa razy wyższe niż przeciętnie), skoro na TripAdvisor figurują jako tania restauracja. Menadżer tłumaczy, że mają wysokiej jakości jedzenie. Pokazuję mu nieco dramatyczny według mnie skład oleju do smażenia przechowywanego w jakimś plastikowym pojemniku i pytam, czy na pewno mają wysoką jakość. Tu trochę rozmowa traci impet. Stosunek jakości do ceny zatem według mnie marny, ale warto wpaść choćby na sok i posiedzieć w ogrodzie regularnie zalewanym przez wody Wiktorii. Krajobraz i bogactwo ptactwa odwiedzającego restaurację pozwala przychylniej spojrzeć na cennik.

W domu, w którym mieszkam jak i w ogrodzie nie czuję dymu palonego plastiku, ale gdy idę na spacer – już tak. Mimo ustawowych zakazów. W pierwszych dniach rozmawiam z mieszkańcami. Wyjaśniam. Gdy jednak któregoś dnia na cały ogród i dom uderza fala gryzącego dymu, jak gdyby ktoś podpalił stodołę, dzwonię na 112. Komunikacja, a może kwestie mapowe powodują, że straż pożarna przyjeżdża po pół godzinie, gdy ogień dogasa. Zresztą przyjechali od złej strony, więc możemy sobie tylko pooglądać.



Czy wiesz, że za opóźniony lub odwołany lot przysługuje Ci co najmniej 250 euro odszkodowania? Airhelp załatwi za Ciebie formalności i pobierze prowizję tylko w przypadku wygrania sprawy.

Galeria