Rwanda

Otrzymaj 250 zł zniżki na noclegi przez airbnb!


Muzyczna podróż przez Rwandę

Do granicy ugandyjsko-rwandyjskiej przyjeżdżam z kierowcą motocykla. Na drugim podróżuje moja walizka. Mam też plecak, żeby nie było ;)

W kolejce po wizę niespodzianka, cena wizy wzrosła o 20 dolarów. Tymczasem polskie MSZ twierdzi na swoich stronach uparcie, że wiza kosztuje 30 dolarów. Bankomatu brak. Ale są inni turyści z Europy. Pytam, czy mogą mi pożyczyć 20 dolarów, a ja pojadę z nimi i zatrzymam się przy pierwszym bankomacie. Odmawiają, jakieś dziesięć osób. Nie podam nacji, bo zaraz poleciałyby komentarze – typu: no tak, któż by inny. Ale co mnie najbardziej szokuje? Że następnego dnia zapłacą 1500 dolarów od osoby za możliwość obejrzenia z bliska goryli, bo tyle kosztuje w Rwandzie ta przyjemność.

Ostatecznie pomaga mi jakiś Rwandyjczyk za drobną opłatą, pożycza mi pieniądze, również na busa. Jedziemy do Ruhengeri, gdzie wypłacam franki w bankomacie.

Błąd na stronie polskiego MSZ to nie przypadek, to standard. Praktycznie co chwilę przyłapuję ich na jakichś błędach. Gdy je zgłaszam, czasem odpowiadają zrzucając winę na innych, czasem przepraszają, a czasem milczą. Ale mogą, przecież pracują charytatywnie, a nie z naszych podatków, prawda? ;)

 

Wizyta w raju

Isange Paradise Resort (FB, strona) nie jest zwykłym hotelem. Działa w ramach austriackiej fundacji 4 kids, wspierających dzieci, więc zyski idą na ich edukację. Hotel jest na planie kwadratu, a w środku wypełnia go piękny ogród, z gęsto posadzoną i zadbaną roślinnością przyciągającą codziennie wiele egzotycznych ptaków. Jeden z nich właśnie siada na moim oknie. Rwanda jest jedenaście razy mniejsza niż Polska, a ma około 200 gatunków ptaków więcej. To widać.

Tu spotykam też Davida, który jest właścicielem pięknej wysepki na jeziorze Mutanda, gdzie bawiłem kilka dni wcześniej.

Fundacja 4 kids prowadzi też restaurację Isange (czyli Witamy) w centrum miasta. Jedzenie całkiem dobre i znacznie lepsze niż w hotelu.
 

Egzotyczne tańce

W Centrum Sztuki i Kultury Inshuti miejscowe dzieci codziennie o 17.00 ćwiczą tańce, śpiew i grę na bębnach. Przychodzę pooglądać. Miejsce tańców to równocześnie pracownia malarska pod wiatą. Moja obecność chyba sprawia, że bardzo się przykładają, bo to nie wygląda jak trening, ale przedstawienie. Trwa godzinę. Dziewczynki są przebrane, chłopcy mają peruki. A wszyscy na nogach dzwonki, rozbrzmiewające synchronicznie w rytm tupania i uderzeń bębnów. W pewnym momencie dzieci wyciągają mnie do tańca i dają dzidę, i wielką perukę - atrybuty wojowników.

Co tydzień w piątek o 18.00 widowisko przenosi się na trawę przed budynkiem. Jest też ognisko, grill i drinki. Zrzutka do puszki.

Przed bramą zaczepia mnie dwóch chłopaków, chcą zrobić sobie ze mną zdjęcie. No, prawie jak celebryta. Mam mieszane uczucia, ale jeśli to ma im sprawić frajdę… Chcą kontakt ze mną. Hm… No dobra. Tak zacznie się przygoda pt. e-maile z prośbą o wsparcie.

 

Wulkany we mgle

Jest marzec, początek pory deszczowej, być może gdyby rozkręciła się na dobre, to zobaczyłbym wyraźniej piękne wulkany górujące za miasteczkiem. Aktualnie widać tylko lekko zarysowane kontury ze względu na zamglenie.

Łapię stopa. Po dwóch minutach zatrzymuje się tir. A więc będą luksusy. Mimo walizki i plecaka mam dla siebie sporo miejsca. Z podwyższenia mogę robić łatwiej niektóre zdjęcia. Kierowca Yusufu wiezie 50 ton ładunku z Kigali do Gisenyi. Dopiero po chwili łapię, jakie to ma dla mnie konsekwencje. 64 kilometry pokonamy w prawie trzy godziny. Rwanda jest górzysta. Kierowca wlecze się pod górę 10 km/godz., Czasem na wypłaszczeniu w miasteczkach rozpędza się do prawie 60 km/godz. trąbiąc na rowerzystów i mijając ich na milimetry. Zamieram za każdym razem widząc to. Mijamy też zepsutego TIR-a, który stanął na drodze pod górę. Kierowca włącza awaryjne i zjeżdża na lewy pas na czołówkę. Auta przed nami się zatrzymują.
 

Cztery osoby na jeden rower

Pytam Yusufa czy mogę mu zrobić zdjęcie. Nie ma problemu. Robię zdjęcia, gdy ten gapi się w telefon. No tak, życie przy tych prędkościach wymaga jakichś czynności. Gdy jedziemy w dół, znów 10 km/godz. Nawet przy nieznacznym pochyleniu. Silnik wyje. Pytam, czy można w dół na dwójce. Ale kierowca mówi, że to niebezpieczne.

Przypomina mi się akcja z wyprawą w góry Kadam. Tylko, że tam byłem ściśnięty jak w puszce konserw. Tutaj za to doceniam wolną jazdę i podwyższenie, które pozwalają mi spokojnie fotografować otoczenie. Wyciągam laptopa i spisuję, co widzę. Jeden z rowerów obładowanych workami pchają pod górę trzy osoby. Oraz czwarta - jedną ręką. Drugą ręką prowadzi kolejny rower.

Kierowca trzymuje się raz. Przed przejściem dla pieszych przy szkole.
 

Tutsi i Hutu

Wjeżdżamy do Mahoko. Wzdłuż chodników posadzono palmy. Przypominają mi się adriatyckie aleje. Tylko skromniej. Nawet poza terenem zabudowanym widzimy dużo osób, czasem coś niosą. Mam wrażenie, że po wojnie domowej w 1994 roku, gdy w ciągu 3 miesięcy zarżnięto ok. 800 tys. osób postanowiono szybko odbudować populację.

Najpierw kolonizatorzy z Belgii i Niemiec podsycali etniczne animozje między przedstawicielami plemion Tutsi i Hutu (gdzie dwóch się bije…), ostry konflikt toczył się już od lat 1950. Przynależność ta figurowała na dowodach osobistych. W trakcie wojny w 1994 roku społeczność międzynarodowa nie interweniowała (oprócz drobnych akcji ONZ, które skończyły się tragicznie).

Gdy świat zorientował się, że przymykanie oczu na polowanie na ludzi i ścinanie maczetami wychodzi poza normalne porachunki między sąsiadami, rozpoczęły się procesy wsparcia. Dziś Rwanda jest najbezpieczniejszym krajem w Afryce, ma dobre drogi, drogie auta i masę fundacji wspierających dzieci w procesie edukacji (szkoły są płatne). Zlikwidowano za to sierocińce. Bo choć sierot po wojnie nie brakowało, to zazwyczaj miały rodziny, tymczasem sierocińce stały się dobrym powodem do pozbywania się dzieci z licznych rodzin.

Mimo zakończenia wojny w 1994  roku nawet dziesięć lat później zdarzały się mordy w ramach zemsty dokonywanej na Hutu, najczęściej w Demokratycznej Republice Konga, gdzie kryli się zbrodniarze.

W ramach walki z uprzedzeniami i dmuchaniem na zimne, nie wolno się pytać o pochodzenie etniczne. Zresztą popularne kwestionowane jest różnic etniczno-antropologicznych między Tutsi i Hutu. Dla niektórych to dwie kasty.

Turystom zazwyczaj wybacza się pytania o pochodzenie. Więc pytam kierowcy. Mówi, że pochodzi z Burundi, a korzenie ma kongijskie.
 

Prawie jak rock

Czy w klubie Roxy usłyszę rock? Dobry początek, świetny perkusista, a później przester wokalu. Gdy na raz śpiewają trzy osoby z przesterem, nie mogę tego wytrzymać. Szkoda, że ktoś niszczy takie talenty. To tak jakby piękną osobę ubrać jak Marylę Rodowicz i wysłać na miasto.

Palm Garden Resort (strona, FB) wygląda na jezioro Kivu. Ale nie to czyni go wyjątkowym. Dopiero na drugi dzień dostrzegam, że tu prawie wszystko jest ręcznej roboty, co dotyczy nawet uszytych kloszy na lampy…


Zajebista msza

Wypożyczam rower i jeżdżę wzdłuż jeziora Kivu. Jest niedziela, zatrzymuję się przy kościele ewangelickim, w którym jest odprawiana msza święta. Wymieniam parę zdań z człowiekiem pilnującym drzwi. Siadam na zewnątrz na krześle i czekam. Gdy tak czekam oblegają mnie dzieci, czuję jak delikatnie mnie głaszczą z tyłu. Gdy zaczynam im robić zdjęcia, piszczą i rozbiegają się, po chwili znów wracają.

Pan mnie upomina. Ale co ja takiego zrobiłem? Dzieciaki po chwili znów robią harmider. Za karę pan każe mi sobie pójść dalej. Po chwili mnie woła do środka, zaczyna się. Parędziesiąt osób w kolorowych strojach w towarzystwie zespołu muzycznego, w tym perkusisty, zaczyna śpiewać. Przypuszczam, że gdyby tak zrezygnować z gwałcenia dzieci, a zainwestować w muzykę, to katolików przestałoby ubywać na świecie.

W pięknie położonym hotelu i restauracji Paradis Malahide wypożyczam kajak i płynę nieopodal na małą, uroczą wysepkę (zdjęcie w galerii na dole). Z cumowaniem pomaga mi mężczyzna, który nie mówi ani jednego słowa po angielsku. Chyba pilnuje wyspy, choć aktualnie nie ma tu prawie niczego.


Pani niezadowolona

W Kigali w hotelu King’s Hospitality Center (strona, FB) pani chce zanieść moją walizkę. Jest niezadowolona, gdy się nie zgadzam. Obiekt położony jest w zielonej dzielnicy (choć która tutaj nie jest zielona?) z ładnymi nocnymi widokami na centrum miasta.

Jest też parę estetycznie urządzonych restauracji. W Afrika Bite odkrywam, że bigos nie jest tylko polskim wynalazkiem. Tutaj w wersji bez mięsa. Inne okrycie warte zapamiętania, to agrest zielny.

Na zachód słońca polecam z kolei Pili Pili w innej dzielnicy. W tygodniu jest zniżka 50% na pizzę przed 19.00

 

Zakazany plastik

To co uderza po oczach, to brak śmieci na ulicach oraz to, że wydawane w sklepach torby są z papieru lub biodegradowalnych polimerów.

Pozwalam sobie również odwiedzić Hotel des Mille Collines rozsławiony przez warty obejrzenia film Hotel Ruanda.

Cena noclegu 1 osoby w pokoju 2-os.: od 7 USD*

Zalecana długość pobytu: tydzień

Najlepszy okres: styczeń, luty, czerwiec, wrzesień

Transport: samolotem do Kigali

Polecane filmy: Hotel Ruanda

Więcej: Wikitravel - Informacje MSZ - Klimat

* minimalna ocena 7 na 10

Galeria