Uganda

Odbierz 164 zł zniżki na noclegi przez airbnb!


Dzieci jaskiń

Przez cały powrót z majestatycznych gór Kadama (lub Kadam - nie ma jeszcze polskiego odpowiendika) w mojej głowie rodzą się pytania podszyte intencją zrozumienia, czego właśnie doświadczyłem. Próbuję to umieścić w jakichś prostych, instynktownych ramach poznawczych.  W Polsce gotuje się ziemniaki, makaron. W Afryce - bataty, maniok, ryż i zielone banany. W Polsce pędzi się śliwowicę, tutaj – bimber z prosa. W Polsce dzieci chodzą do szkoły, tutaj - koczują w jaskiniach na wysokości przeszło dwóch tysięcy metrów i zbierają narkotyzujące liście.

O wyprawie możesz posłuchać też w podkaście:

Motocyklista zwany tutaj boda-boda zwozi mnie z miejscowości Sipi do podnóża gór stołowych, czyli na około 1100 m.n.p.m. Stąd mam jechać jeszcze sześćdziesiąt pięć kilometrów. Trafia mi się ciężarówka transportująca deski. Na prośbę dostaję miejsce przy oknie, za fotelami kładzie się ktoś z ekipy. Przypuszczam, że za te dwadzieścia tysięcy szylingów (ok. dwudziestu złotych), które sobie zażyczono, sprzedano mi jego siedzenie. Ale i tak ma wygodniej niż ludzie jadący na deskach na pace.

[zdjęcia na dole]

Okazuje się, że cała droga jest bez asfaltu. Czasem dziury zamieniają się w rowy, przed którymi kierowca się zatrzymuje i konsultuje z innymi przejazd. Dawno nie wytrzęsło mi tak jelit. Mimo niedalekiej odległości mamy przed sobą trzy godziny drogi. Współczuję chłopakom na górze. 

Reportaże z Ugandy

Na podstawie mojej podróży po Ugandzie w 2020 r. piszę kolejne reportaże, dotychczas ukazały się:

- Podróż w czasie
- Dzieci jaskiń
- Przygody nad wodospadami Sipi
- Ruwenzori. Królestwo kameleonów
- Rafting na Nilu i bicie dzieci
- Polscy uchodźcy w Ugandzie
- Na bezludnej wyspie
- Wodospad Murchisona i podpalanie sawanny

Rurka, do której przyspawano zewnętrzne lusterko cała pokryta jest ostrymi kolcami. W trakcie napadów złodzieje łapią się jej właśnie, żeby wtargnąć do środka.

Pierwszy przystanek po pięciu kilometrach. Policjant każe podejść kierowcy wraz z pozwoleniem na przewóz. Gość siedzący w środku przekazuje kierowcy dyskretnie pozwolenie w kwocie paru banknotów.

Moja czarna cześć natury rozważa hipotezę ucieczki. Przypuszczam, że do duszenia takich pomysłów w zarodku służy wyeksponowany karabin drugiego gliniarza. 

Policjant nie zwraca w ogóle uwagi, że nie mamy w kabinie zapiętych pasów. Czepia się o ludzi na pace, że to niebezpieczne. Sprawdza prawo jazdy i kasuje około trzy złote łapówki. Jedziemy dalej zagłębiając się w cudowny krajobraz: po jednej stronie gór zrębowych z kolejnym wodospadem, a po drugiej - sawanny nakrapianej od czasu do czasu małymi wioseczkami z ziemianek.
 

Żmija i lincz na kobiecie

Trzy godziny później wjeżdżamy w dziki busz. Czasem płonie. Ludzie go wypalają, żeby sadzić kukurydzę, maniok, czasem bataty. Przecinamy też rezerwat Pian Upe. I tu zdarzają się podpalenia, czasem w wyniku działań władz rezerwatu. Chcą tak uprzedzić dzikie pożary oraz doprowadzić do szybszego odrodzenia zieleni, aby zwierzęta nie migrowały.

Trochę mniej dziur, ale ile można siedzieć. Ścierpnięte pośladki przekonuję, że warto. Zawsze wyprawy drogami bez asfaltu prowadziły mnie w fantastyczne miejsca, czy to była tak bliska sercu wielu Polaków Gruzja, czy też wilgotne Borneo albo nie wiadomo gdzie położona Nikaragua. 

Mam wrażenie, że jadę jakimiś nieprzetartymi szlakami. Nie mogę znaleźć w Internecie informacji, skąd w ogóle zacząć wspinaczkę na najwyższy szczyt gór Kadam. A pytani w ciężarówce jak i w esemesach Ugandyjczycy co rusz mają inne rady. Czy w ogóle ktoś z nich był na górze? Nie.

Czasem mija lub wyprzedza nas jakiś samochód. Wtedy nabieram powietrza i wstrzymuję oddech na minutę. To zazwyczaj wystarcza, żeby przetrwać największe tumany pyłu. W końcu jakieś chatki. I szczelne ogrodzenia z patyków. Czyżby ochrona przed drapieżnikami? Jakieś poruszenie, dzieciaki biegną. Do nas? Nie. Gonią kobietę. W rękach rózgi, którymi próbują ją uderzyć. Przypomina mi się historia Jagny. Scena mignęła jak fragment filmu. Jedziemy dalej.

Zapada zmrok. Nagle kierowca zatrzymuje się. Na drodze leży wąż. Prawdopodobnie to jajożyworodna żmija sykliwa. Ma w zwyczaju kąsać ofiarę, a później podążać za nią aż ta padnie trupem. W trakcie ataku nie podnosi głowy, więc solidne buty (czyt. gumiaki) są dobrym zabezpieczeniem. Bez właściwej pomocy lekarskiej ukąszony człowiek umiera w ciągu paru dni. Nasza żmija leży nieruchomo. W jednej czwartej długości licząc od głowy ma bulwę. A więc trawi właśnie kolację. Nie przejmuje się przejeżdżającymi autami. Kierowca ciężarówki rusza na nią. Proszę, aby jej nie zabijał, uśmiecha się, i w ostatniej chwili udaje mu się wyminąć węża.

To już jest prawie ten moment, gdy dociera do mnie, że na prowincji w Afryce poczucie czasu nie funkcjonuje, mimo że pytania o niego niemal zawsze znajdą stanowczą odpowiedź – z uprzejmości. Tymczasem pokornie przyjmuję fakt, że po pięciu godzinach jazdy, która miała trwać najpierw dwie, a później trzy godziny, zatrzymujemy się na kolację. Typowy afrykański bar. Gołe ściany, plastikowe krzesła, drewniane stoły i energooszczędna waląca biało-niebieskim surowym światłem żarówka bez żyrandolu. Gotowana w aluminiowym garnku fasola, a do tego matoke (gotowane zielone banany) bądź ryż lub papka z mąki kukurydzianej. Jesteśmy na takich peryferiach, że spodziewam się naprawdę dobrej ceny. Wychodzi na to, że jakieś dwa złote.
 

Prawie jak taksówka

Godzinę później chłopaki informują mnie, że pojedziemy objazdem, bo główna droga jest zbyt stroma i boją się, że im deski zlecą. Są takie dziury i pochyłości, że wleczemy się teraz jakieś pięć kilometrów na godzinę. Po trzydziestu minutach ciężarówka staje, a chłopaki wychodzą. Jedna z desek na górze jest wysunięta do tyłu. Dwóch czarnoskórych rusza pieszo z powrotem z latarką szukać ewentualnych zgub. A myślałem, że jestem blisko destynacji.

Słyszę auto. Nie takie pustkowia! Ktoś jedzie jeszcze o 23.00. Taksówka. Tak się tutaj nazywa busiki, które zatrzymują się jak tylko ktoś na drodze machnie ręką. Bywa i tak, że samochód staje i czeka, aż wszystkie miejsca będą zajęte. Jest też konduktor, który często dzieli fotel z innym pasażerem. Zniżka nie przysługuje. Prawie jak w taksówce.

Po chwili jadę z nimi. Okazuje się, że to tylko dziesięć minut. Proszę o podwózkę pod jakiś hotel. Za czterdzieści cztery złote mam pokój z łazienką i zimną wodą oraz śniadaniem. Biorę i pokój, i prysznic.

Wstaję około siódmej rano krótko po wschodzie słońca. Szukam informacji, skąd zacząć wspinaczkę. Generalnie to nikt nie był na szczycie. Pytam w sklepie spożywczym. Abidi, śniady sprzedawca o bliskowschodnich rysach uśmiecha się serdecznie za każdym razem, gdy udziela mi odpowiedzi. Na dodatek robi to z takim entuzjazmem, jakbyśmy rozmawiali o biciu rekordu Guinessa. On tam był na górze, więc mówi wszystko jak trzeba: pojadę na motocyklu za dwa złote z jego kolegą, powspinam się godzinę i będę na szczycie. Czyli nie trzy godziny, jeszcze lepiej.
 

Spotkanie z wodzem

Ruszamy niebawem. Przejeżdżamy przez busz kryjący pojedyncze chatki z trzcinowymi dachami i ścianami z wyschniętego błota popękanego w fantazyjnych wzorach. Jest już po dziewiątej, gdy kierowca się zatrzymuje i mówi, że dalej to pieszo. Pytam którędy, bo jesteśmy na rozstaju. Odpowiada, że może podjedzie po kogoś, kto mi wskażę drogę. Zawraca beze mnie, a ja sprawdzam w telefonie wysokość nad poziomem morza. Tysiąc pięćset metrów. Czyli drugie tyle i jestem na szczycie. Jakoś nie widzę tego w godzinę.

Po paru minutach kierowca przywozi mężczyznę w wieku około czterdziestu lat. Jest odziany w koc w zielono-czarną kratę. Mówi, że takie wycieczki to trzeba konsultować z władzami. Jak się okazuje rozmawiam z samym wodzem wioski Sekudik z plemienia Pokot/Kadam. Tłumaczę mu swoje zamiary i chęć podzielenia się swoimi wrażeniami z czytelnikami. Wódz Joachim Lotee sugeruje zatem wspinaczkę na majestatyczną górę Tepso zwieńczoną w górnej części olbrzymim pionowym blokiem skalnym z pionowymi przecinkami. I uruchamia kontakty, aby znaleźć dla mnie przewodnika.

Prowadzi mnie do rodziny, gdzie jak się okazuje wszyscy zajęci. Na podwórku między ziemiankami wala się plastik. Włącza mi się stara śpiewka o szkodliwości plastiku na ziemi oraz o toksyczności dymu palonego plastiku, bo pierwszy odruch miejscowych, gdy mówię o śmieciach, to chęć spalenia ich.

Wódz tłumaczy moje słowa z angielskiego na jeden z trzech lokalnych języków, które tutaj obowiązują, tj. pokot, kadam i karamodżong. Po chwili prowadzi mnie w stronę góry.

Wchodzimy w dżunglę i wywołujemy poruszenie wśród jej mieszkańców. Czarno-białe gerezy abisyńskie szybko uciekają skacząc z gałęzi na gałąź i ledwo pozwalając się dostrzec. Ich atrybutem są nieco śmieszna twarz (czy zwierzęta mają twarz?) z białą obwódką oraz piękna biała kita na końcu ogona.

Po krótkiej wspinaczce docieramy do kolejnej rodziny mieszkającej na wysokości ok. 1700 m.n.p.m. Ich domostwo to tradycyjny zestaw: ziemianka oraz drewniany spichlerz na palach, co ma chronić przed termitami. Jest też prosta altanka chroniąca przed słońcem. Dookoła domostwa krzaki manioku oraz… panel słoneczny, do którego kabelkami podpięte są baterie telefonów.

Wśród kilku osób jest około 30-letni mężczyzna, który chce mnie zabrać, ale na inną górę, bo tej nie zna. Wódz z kolei nie ma czasu, bo ma już plany. Obiecuje, że ktoś za chwilę zejdzie z gór i mnie zabierze. Ale nikt nie przychodzi. Zjawia się za to 23-letni mieszkaniec poprzednio odwiedzonej osady. Tam, gdzie wszyscy byli zajęci. Ma na kiju zawiniątko z koca. Zgłasza gotowość do wędrówki. Negocjujemy cenę. W tej, w której ja chcę iść, proponuje mi tylko wspinaczkę do podnóża wielkiej skały. Dalej mam iść sam.

Po dalszych pertraktacjach okazuje się, że to nie jest kwestia ceny, bo nikt z nich po prostu nigdy nie był na tej górze… Nie kryję zdumienia. Chcieli mnie zabrać na górę, na której nie byli? Porozumienie nam nie wychodzi, ale milczenie bardzo dobrze.

Pytam w końcu, czy może mnie zabrać na jakąś inną górę, z której będzie dobry widok na majestatyczne Tepso. Tak, ale w moim budżecie 20 zł, to tylko przez dżunglę aż do podnóża szczytu, ale tam gdzie będzie już klarowna ścieżka. Ok. Idziemy.
 

Narkotyk zamiast jedzenia

Piękno tropikalnego lasu szybko wynagradza trudy logistyczne poranka. Nie mija godzina, a przewodnik Abraham mówi, że jest zmęczony. Oferuję mu orzeszki ziemne, bierze garść, wśród nich trafia się też jeden nerkowiec. Spogląda na niego nieufnie. Pyta, co to. Nie do końca jest przekonany do moich wyjaśnień, ale chyba z grzeczności przyjmuje. Bierze w sumie garść orzeszków i… chowa do kieszeni. Jak to? Ano nie będzie ich jadł, bo surowe mu szkodzą. Są prażone, ale nie komentuję. Wyciąga za to zielone liście i zaczyna je rzuć. Dadzą mu energię. Nazywa je mirą. To czuwalniczka jadalna. Zawiera aktynon – alkaloid posiadający strukturalne podobieństwo do pochodnych amfetaminy. Ma działanie stymulujące i redukuje uczucie głodu.

Pytam czy chce pić, ja piję średnio co dwadzieścia minut, bo mimo wysokości, jest ciepło. Prawie równik. Ale on nie chce wody. Tutaj się pije trzy razy dziennie, a on już pił.

Mija kolejny kwadrans wspólnej wspinaczki, gdy trafiamy pod dużą stromiznę skalną. Przewodnik jak małpka czy kozica śmiga do góry. W klapkach. A ja kombinuję jak pod Orlą Percią, tylko asekuracji brak. Abraham czasem tak pędzi, że gubię go wzrokiem. Wtedy wołam, a ten na mnie czeka. Czasem na siedząco. Wtedy nie mogę go dostrzec. Trochę zabawa w chowanego.

W pewnym momencie oznajmia mi, że musimy zawrócić, bo tędy będzie za daleko. Włącza mi się żółta lampka. Na kilkakrotnie zadawane pytanie, czy był kiedykolwiek na górze, zawsze odpowiada, że zna drogę.

Dżungla się zagęszcza. Abraham toruje drogę. Kijem. Prawie jak maczeta. Czasem pojawiają się prześwity, jakby wydeptane ścieżki, gdy soczyście zielona roślinność trochę się przerzedza, po czym znów zagęszcza, by testować naszą odporność na zadrapania. Część ma kolce, bo broni się przed intruzami, a część haczyki i rzepy zintegrowane z nasionami, które zaczepiają się o zwierzęta czy ludzi i ruszają z nimi w podróż, rozsiewając się nie tylko w innych partiach lasu, ale i po całym świecie - wtedy stają gatunkami alochtonicznymi (w przeciwieństwie do gatunków autochtonicznych), obcymi albo jeszcze ciekawiej zwanymi – zawleczonymi.

Wyznaczanie szlaków w Ugandzie

W styczniu 2021 planuję wyznaczyć i oznakować szlaki w górach Kadama. W towarzystwie naukowców. Planuję zabrać też małą grupę na wycieczkę objazdową po kraju. Szczegóły tutaj.

Oprócz kłucia wyzwaniem okazuje się też wspinaczka w sandałach. Bo wyjeżdżając na trzy dni relaksu z widokiem na wodospady Sipi, nie planowałem przedzierania się przez dziewiczą dżunglę. Wiedząc, że sandały, a może wpadający do nich piach będą mnie ocierać, postanowiłem wczoraj wykorzystać plastry. Ale tym razem nie zalepiając nimi otarć, bo i tak plastry szybko by odpadły, lecz podkleiłem nimi fragmenty materiału, które mnie ocierały. I to zdaje teraz egzamin. Choć wygląda dziwnie.
 

Koncepcja na antykoncepcję

Abraham ma czwórkę dzieci. Pytam, czy tyle mu wystarczy. Tak, jemu wystarczy. Pytam, czy wie, jak to osiągnąć, bo ugandyjskie rodziny często liczą powyżej dziesięcioro członków, co jest główną przyczyną ubóstwa w kraju. Tak, wie. Cisnę dalej, czy stosuje antykoncepcję. Tak, naturalne metody. Mówię, że inni też takie stosują, a dzieci mają więcej niż planowali. Ale on wie, jak ją stosować.

W sumie po dwóch godzinach wędrówki pokazuje mi gęsty las i mówi, że on wraca, bo droga jest już prosta, więc sobie poradzę. Protestuję, bo nawet ścieżki nie widać, a zupełnie inaczej się umawialiśmy. Czuję, że chce więcej pieniędzy, mówiąc:

- Wy Amerykanie jesteście bardzo samolubni.

Idziemy dalej, ale niedługo później Abraham znowu chce wracać. Nie mam ochoty, na dyskusje, na czym polega klarowność dalszej trasy, więc pytam, czy za kolejne dwadzieścia złotych doprowadzi mnie chociaż na punkt widokowy. Tak.

Po jakimś czasie okazuje się, że aby tam dotrzeć musimy teraz zejść w dół dolinki. Werbalizuję swoje obawy, czy dotrzemy na punkt widokowy. Czy Abraham tu był? Mówi, że zna drogę.

Dolinka jest przecięta strumieniem. Małych potoków jest tu sporo, z czego chętnie korzystam, mimo zabrania ze sobą dwóch litrów wody. Liczne cieki wodne nawilżają las, który czaruje i co chwilę mnie zatrzymuje w celach fotograficznych. To nie podoba się Abrahamowi. Przecież miał mnie zabrać na górę, a nie czekać, aż zrobię zdjęcia.

Do wysokości dwóch tysięcy metrów pojawiają się domki, czasem krowy, no i ich właściciele. To przedstawiciele ludu Kadam – gospodarze tych gór. Śpieszymy się, więc pozdrawiamy z wzajemnością tubylców, robię szybkie zdjęcia i ruszamy dalej.

Po pięciu godzinach wspinaczki i narzekań przewodnika docieramy do punktu widokowego na wysokości 2470 m.n.p.m. Pod nami przepaść, a na wprost piękne i zatrważające Tepso pozujące cierpliwie do zdjęcia dnia.
 

Pierwsze spotkanie z białym człowiekiem

- Tam są ludzie – mówi Abraham i wskazuje miejsce poniżej nas jakieś sto metrów w linii prostej. Po chwili dostrzegam dzieci. Woła coś do nich. Mówi, że zaraz przyjdą. Droga wygląda na stromą, usłaną ostrymi kamieniami i zeschniętymi krzakami. Po paru minutach dołącza do nas piątka dzieciaków mających nie więcej niż dziesięć lat.

Abraham tłumaczy. Są z plemienia Pokot. Mieszkają gdzieś daleko w wiosce na dole. Nie mają przy sobie nic poza zawiniętymi kocami, w których trzymają liście czuwalniczki, bo to dla niej koczują w górach. Śpią w jaskini, a jak uzbierają wystarczająco dużo liści, zejdą z gór, aby je sprzedać. Duża część trafi na eksport do Somalii. W zamian kupią cukier i orzeszki ziemne. Liście czuwalniczki są gorzkie, więc często żuje się je z orzeszkami lub cukrem. Niektóre z dzieci spożywają te liście. Cukier i orzeszki przydadzą się szczególnie. Koło się zamyka.

Nogi dzieci są całe poharatane białymi smugami. Albo miały intensywny dzień, albo są już w górach parę dni. Ale czym są dla nich te zadrapania, skoro część jest boso, a inne w klapkach? Mimo kamieni, kamyczków, ostrych skał i krzewów oraz kolców porzuconych przez rośliny i mocno kąsających mrówek.

Częstuję dzieci orzeszkami. Najpierw nieufnie je próbują, później każdy wyciąga rękę, również po dokładkę. Pierwszy raz widzą mzungu - białego człowieka.

Unikalne doświadczenie, ale za trzy godziny będzie zachód słońca, a przed nami jakieś cztery godziny schodzenia, jeśli zna się drogę. I tak myślę sobie, że jeśli Abraham będzie chciał być ponownie moim przewodnikiem, to czeka nas wiele przygód. 

Prosi dzieci o wskazanie drogi powrotnej. Ruszają z nami. Kolejne strome skały, po których zbiegają bez wysiłku. Mimo, że część jest boso. Może tak łatwiej?

Gdy kombinuję jak zejść bezpiecznie w dół po niemal pionowym bloku skalnym, jeden z chłopców z impetem mnie wymija. Myślę, że chce mi pokazać zejście. Schyla się i… zrywa liście czuwalniczki. Robię mu zdjęcie. Liście zasłaniają mu częściowo twarz. Wstydzi się czy pozuje?

Po kwadransie wędrówki dzieciaki zostają, oprócz jednego. Będzie przewodnikiem mojego przewodnika. Ruszają żwawo do przodu, a ja robię zdjęcia słońca przebijającego się przez korony drzew w dżungli. Krótko po tym chłopiec oznajmia, że musi wracać do góry póki jasno, żeby jeszcze pozbierać więcej liści.
 

Zapłata cukrem

Abraham w podziękowaniu daje mu woreczek cukru. Jak w cyrku. W normalnych okolicznościach zaprotestowałbym pewnie. Jestem przeciwnikiem nagradzania dzieci słodyczami. Odrzucam jednak wszystkie swoje przekonania o szkodliwości cukru, bo to nie są normalne okoliczności. Pytam chłopca, czy za pieniądze mógłby nas jeszcze poprowadzić. Nie. Chce wracać zbierać liście. No to ja chcę kupić od niego te liście, ale zostawił swoje zawiniątko innym.

Schodzimy, a ja co chwilę oglądam się za siebie, bo słońce coraz intensywniej maluje góry w różach i pomarańczach przecinając je długimi cieniami.

Abraham nie ukrywa zniecierpliwienia, żąda drugiej części zapłaty. Płacę mu, a on nie chce wydać mi reszty. Bo trasa była dłuższa niż myślał. Parskam śmiechem przeplecionym z irytacją. To może on powinien mi zapłacić, skoro nie znał drogi?

Przez cały powrót w mojej głowie rodzą się pytania podszyte intencją zrozumienia, czego właśnie doświadczyłem. Próbuję to umieścić w jakichś prymitywnych ramach poznawczych. W Polsce gotuje się ziemniaki, makaron. W Afryce - małe irlandzkie ziemniaki, bataty, maniok, ryż i zielone banany. W Polsce pędzi się śliwowicę, tutaj – bimber z prosa. W Polsce dzieci chodzą do szkoły, tutaj koczują w jaskiniach na wysokości przeszło dwóch tysięcy metrów i zbierają narkotyki.
 

Czy możemy biec w dół?

Z moich rozmyślań wybija mnie przewodnik znowu pytając, czy dalej mogę iść już sam albo czy możemy biec, bo chce zdążyć przed zmrokiem. Mówię, że bezpieczniej iść powoli, a później z latarką, którą mam w telefonie. Ale on nie chce. Gdy dochodzimy do jakiegoś domostwa, żegnamy się i rozdzielamy.

Idę w dół wyraźną już ścieżką, więc wiem, że prędzej czy później dotrę do wioski Sekudik, a stamtąd do Nakapiripirt, gdzie mam hotel. Zapada zmrok, gdy mijam kobietę z dzieckiem przy pojedynczej chatce. Pytam o drogę, ona pokazuje ręką. Idę dalej. Po chwili słyszę gdzieś w dali przed sobą dzikie okrzyki. Brzmią trochę jak zabawa, a trochę rytualnie. Moja ścieżka rozdziela się, jedna odnoga prowadzi w stronę okrzyków. Skręcam w stronę okrzyków. Słyszę nawoływanie z tyłu. Kobieta pokazuje, żebym szedł drugą ścieżką.

No to zawracam, ale okrzyki i tak są coraz głośniejsze. Odbieram je pozytywnie, że już jakaś cywilizacja, ale z drugiej strony przychodzą mi na myśl filmy przygodowe z przypadkowych spotkań rozbitków z tubylcami… Okrzyki towarzyszą mi jeszcze jakieś dziesięć minut i zaczynają zanikać.

Gdy dochodzę do potoku zawalonego gałęziami przypominam sobie to miejsce. Jestem blisko wioski. Esemesuję do mojego kierowcy. Może przyjedzie. Piętnaście minut później jadę z nim na motocyklu ścieżką szeroką na 1-2 metry przecinającą wysokie trawy. W zupełnej ciemności. Nad nami maluje się Droga Mleczna, a z przodu intensywnie świeci Wenus jakby wskazywała nam kierunek.

Na drugi dzień postanawiam zrozumieć tę fiksację na punkcie liści czuwalniczki. Kupuję za ok. 2,5 zł pęczek. Idę do sklepikarza Abidiego zapytać o instrukcję obsługi. Jak zwykle z entuzjazmem opowiada mi o zasadach spożywania rośliny. Zachęca, żebym wziął do niej cukier albo orzeszki, albo słodki napój, zwłaszcza, że będę się pocił. Odmawiam. Chwilę później żuję liście. Są ohydne, gdy puszczają sok. Rozumiem po co cukier. Żuję przez pół godziny, mam dość. Efektów brak. Jak się później dowiem, żułem mało rzetelnie.

***

W Górach Kadama wybrałem się na kolejną wspinaczkę, tym razem, aby zdobyć najwyższy szczyt. Spotkałem w lesie ludzi naćpanych czuwalniczką jak też sam spróbowałem tego narkotyku. Czytaj tutaj.

Galeria