Wodospad Sipi III

Odbierz 164 zł zniżki na noclegi przez airbnb!


Wodospady Sipi

I cóż z tego, że zamiast w ciasnym busiku, siedzę w autobusie, skoro biodra ugandyjskiej kobiety zajmują prawie półtorej siedzenia? Trzy godziny podróży z Jinjy do Mbale to walka o utrzymanie równowagi. A równocześnie obserwacja przez przednią szybę czy autobus wyprzedzający na trzeciego zdąży z manewrem. W przypadku kolizji wypruję do przodu jak z katapulty. W Ugandzie pracują nad asfaltem i pasami bezpieczeństwa.

Wysiadam w Mbale. Stąd udaję się pod Wieżę Zegarową, skąd bus zabierze mnie do Sipi. No i typowy obrazek: konduktorzy niemal licytują się, z kim pojadę. Tak jakbym miał uszlachetnić ich przejazd. Jakby nie wiedzieli, że oznaczam dopiero początek kłopotów. Mam parę opcji. Pierwsza to jazda niemal od razu, bo busik prawie pełny, tyle, że jazda w puszce konserwy, bo został tylny rząd, gdzie muszę rozkraczyć nogi, żeby się zmieścić, a więc musiałbym zapłacić za dwa miejsca. A i tak byłbym fotogenicznie skompresowany. Druga opcja – siedzę z przodu, gdzie wystają druty z siedzenia. Trzecia – druty nie wystają, ale nie ma pasów. Jest i czwarta, gdzie bus wygląda na nie więcej niż dwadzieścia lat, tylko przednie miejsca zajęte przez czarną parkę. Kierowca niższy o głowę namawia mnie na tył, dużo miejsca przecież, a to tylko godzina jazdy.

[ GALERIA na dole ]
 

Ten sam kolor krwi

Pytam parę z przodu, czy robiłoby im różnicę siedzieć z tyłu. W zasadzie są dość kompaktowi, nie licząc pokaźnych bioder dziewczyny. Oglądają się za siebie. Komentują między sobą. Chyba nie chcą. Pytam, czy mogliby zrobić porównanie. Patrzę na mężczyznę skulonego na środkowym siedzeniu, gdzie musi trzymać zwarte nogi, żeby nie trącać drążka skrzyni biegów i myślę, że doceni taki transfer. Idą sprawdzić i już tam zostają. Rozsiadam się przy szybie z przodu. Karteczka z przypomnieniem, po jakim kilometrażu należy wymienić olej silnikowy wisi na lewym kierunkowskazie. Pytam o cenę. Dziesięć złotych. A według źródeł miało być pięć. Mówię konduktorowi, żeby mnie skasował jak każdego, a nie podnosił ceny za kolor skóry. Odpowiada, że mamy taki sam kolor krwi, więc płacę normalnie.

Reportaże z Ugandy

Na podstawie mojej podróży po Ugandzie w 2020 r. piszę kolejne reportaże, dotychczas ukazały się:

- Podróż w czasie
- Przygody nad wodospadami Sipi
- Ruwenzori. Królestwo kameleonów
- Rafting na Nilu i bicie dzieci
- Polscy uchodźcy w Ugandzie
- Na bezludnej wyspie
- Podpalanie sawanny

Po chwili widzę jak zbliża się do nas kolejny biały. Oscar też chce jechać do Sipi. Pyta o cenę. Słysząc ją mówi, że nie chce płacić daniny od koloru skóry. Sprawdzam. Okazuje się, że faktycznie czarni płacą tyle samo. Oscar też chce siedzieć z przodu przy oknie. Kierowca pokazuje mu środkowe miejsce obok mnie i przekonuje, że będzie w sam raz. Biały patrząc na dużo niższego chłopaka pyta jak to możliwe, skoro tam jest skrzynia biegów. Kierowca nie widzi problemu. Ostatecznie Oscar wyląduje z tyłu. Wymieniamy parę zdań. Ruszamy niebawem. W trzech czwartych drogi bus zatrzymuje się na skrzyżowaniu. Siedzący tam dotąd spokojnie miejscowi rzucają się w stronę busa. Pod otwarte okna podstawiają napoje i jedzenie. Banany, placki ciapati i hit – pomidory.

Zaciekawił Cię ten tekst?
Śledź mnie na Facebooku albo wpadnij na spotkanie podróżnicze, które organizuję.

 

Kluski w ustach

Oscar jest z Belgii. I tak naprawdę ma na imię inaczej, ale nikt nie jest w stanie tego wymówić, więc przedstawia się jako Oscar. Jest botanikiem. Spędził w Ugandzie dwa miesiące pisząc pracę magisterską o tutejszych drzewach. W związku z tym mam wielką ochotę go słuchać i zadać dziesiątki pytań, ale ledwo chłopa rozumiem, bo dość, że siedzi za mną, to mówi jakby miał kluski w ustach. Myślę, że gorzej być nie może. Ale spokojnie, to dopiero początek. Gdy wieczorem już na miejscu jemy razem kolację w restauracji, Oscar zamawia makaron i jedząc go próbuje ze mną rozmawiać.

Miałem w planie nocować w Coffee Sipi Lodge (wbrew nazwie położonej poza wioską Sipi), ale widoki, których doświadczam po wjechaniu do Sipi właśnie skutecznie mnie zatrzymują. Pierwsze dwie noce spędzam w Lacam Lodge - hotelu ujmująco wkomponowanym w tropikalny ogród z punktem widokowym na główny wodospad Sipi i z przyjemnym szmerem strumyka zasilającym drugi mniejszy wodospad. Fantastyczne, relaksujące tło podczas zasypiania czy też nocnej obserwacji rozgwieżdżonego z gestem nieba.

Hotel zasypia już po godzinie 19.00, więc gdy pytam o gorąca herbatę okazuje się to dużym wyzwaniem. Pierwszej nocy nie do podołania. Ostatecznie zamiast gorącej herbaty zabieram z niedziałającej lodówki piwo z przyprawami masala i afrykańskim miodem, który prawdopodobnie powstał ze smażenia bananów. Poszukiwanie prawdziwego miodu zajmie mi jeszcze miesiąc.

Na szczęście gorąca woda pod prysznicem pozwala zrekompensować brak herbaty. Woda podgrzewana jest w zbiorniku, pod którym pali się ognisko pilnowane przez ochroniarza bezszelestnie obchodzącego teren hotelu.
 

Pastor bramkarzem

Drugiego dnia ruszam zobaczyć kolejny, wyżej położony wodospad. Po drodze bramka. Szlaki do wodospadów prowadzą przez prywatne grunty i miejscowi chętnie kasują za wejście. Najtaniej wychodzi wykupić łączony wstęp do wszystkich wodospadów za ok. trzydzieści złotych. Oprócz tego co chwilę napotykam nieco nachalnych przewodników chętnych do odpłatnego oprowadzania. Upieram się, że pójdę sam.




Za pierwszą bramką jest kolejna, a przy niej sklepik z rękodziełami i minerałami z lokalnej jaskini. Siedzi przed nim mężczyzna czytający książkę. Okazuje się, że jest pastorem Zielonoświątkowców. Czyta Biblię. Pyta czy napiszę o nim w reportażu.

Dobrze, że ruszyłem w południe, bo wszystkie wodospady są od północnej strony, więc dopiero od trzynastej zaczyna je dobrze widać.

Wodospad Sipi II jest o tyle wspaniały, że można łatwo wejść za lustro wody. Mijam tutaj grupę czarnoskórych turystów. Zaczynają się wspinać na górę. No to ja też.

Nad wodospadem chłopak myje motocykl, inni robią pranie. Mokre ubrania leżą na trawie i skałach. Równikowe słońce wysuszy je w ciągu paru godzin.
 

Kameleon

Dzieciaki przynoszą mi na patyku kameleona. Ze strachu podwinął ogon i zmienił kolor. Chcą pieniędzy. Pytam, czy następnym razem mogą mnie zawołać i powiedzieć, że pokażą mi kameleona na gałęzi, jeśli im zapłacę. Konsternacja. Proszę, aby go wypuściły. Wypuszczają.

Widzę, że czarni turyści ruszyli dalej w górę potoku. Też idę, może będzie coś ciekawego. Okazuje się, że pół godziny spaceru dalej znajduje się jeszcze jeden wodospad, o czym nie miałem pojęcia. Manewrowanie między przecinającymi się ścieżkami uświadamia mi, że przewodnik to byłby jednak ważny sojusznik. Po drodze mijam tradycyjne afrykańskie domki manyata zbudowane na planie koła, ze ścianami z patyków zalepionych błotem i trzcinowymi dachami. Sporo plantacji kawy, której białe kwiaty wdzięcznie pozują do zdjęć. Część kawy zdążyła już zaowocować i zaczerwienić się. Mijam też sporadyczne siatki z wydłubanymi nasionkami kawy. Prażą się na słońcu.

Dzieciaki czasem mnie zaczepiają i proszą o pieniądze. Niektóre chcą mi towarzyszyć za darmo. Zwracam uwagę na świnię buszującą bez powroza w krzakach. Podchodzą do niej i pokazują mi jak lubi być głaskana. Też chcę pogłaskać. Zbliżam się z malowaną obawą na twarzy, świnia rusza na mnie. Wycofuję się dyplomatycznie, a tak serio - to prawie uciekam.

Gdy tuż przed górnym (zwanym też Pierwszym) wodospadem Sipi napotykam już chyba czwartą bramkę z liczebnym orszakiem powitalnym usilnie chcącym skasować mnie na dziesięć złotych (potem dojdę do wniosku, że to najmniej atrakcyjny widok ze wszystkich czterech dużych wodospadów), pytam czy dzielą się tymi pieniędzmi z lokalną społecznością. Tak. To czemu dzieci żebrzą?


 

Lizanie skał

Po krótkim flircie z wodospadem wspinam się na górę. Tu czeka na mnie przepiękna panorama trzystu sześćdziesięciu stopni z wodospadem, Górami stołowymi, Górą Elgon, równinami i buszem. Znajduję punkt dający optymalne ujęcie i zaznaczam miejsce w aplikacji mapsme. Obok pasterz z krowami, które intensywnie liżą gołą jasnobrązową skałę. Niemal szorują, bo aż słychać. Podejrzewam, że chodzi o minerały, co potwierdza pasterz.

Gdy wracam, przy wodospadzie numer dwa spotykam chłopaka z kameleonem, który podsuwa mi go niemal pod nos.

- A jakby Ciebie ktoś przywiązał do gałęzi?

- Nie rozumiem.

Sięgam po telefon, włączam Google i po chwili pokazuję mu zdjęcia związanych murzyńskich niewolników.

- To nie jest dobre.

- A kameleona pytałeś o zdanie?

- Zabrałem go z plantacji kawy.

- A ich złapano, bo nie zdążyli uciec. 

Na trzy kolejne noclegi przenoszę się do Sipi Falls Lodge oferującym bezapelacyjnie najlepszy bajkowy widok na wodospad, zwłaszcza między 16.00 a 18.00, gdy popołudniowe słońce rozpala go w ciepłych barwach podczas obiadu w ogrodzie.

Chodzę boso po przystrzyżonej zielonej trawie i wielkiej drewnianej werandzie. Czasem napotykam na główki gwoździ. Czy można coś z tym zrobić? Tak - mówi Richard, menadżer. Jutro ma być naprawione. Udaje mi się też wyprosić umycie okien, przez które widać częściowo wodospad leżąc na łóżku. Pani przynosi wiaderko, zanurza w nim dłoń, nabiera wody i chlapie nią szybę.

W środku zaskakuje mnie fakt, że pod prysznicem jest tylko jeden kurek - z ciepłą wodą. W zasadzie to z gorącą. Tak gorącą, że aż trudno się umyć, więc znowu proszę personel o interwencję.

W tej kwestii nie ma złudzeń w Crowns Nest. Zimna woda pod prysznicem będzie gratką dla amatorów surowych warunków lub wyzwaniem dla osób z małym budżetem. Często wpadam tu zjeść. W umiarkowanej cenie dobre afrykańskie jedzenie i panorama trzech wodospadów Sipi. No, jeden z nich widać w ułamku. Co ciekawe nie udaje mi się znaleźć miejsca, z którego widoczne byłyby na raz w pełni wszystkie trzy wodospady. Podobno nie ma. A kosmos?



Czy wiesz, że za opóźniony lub odwołany lot przysługuje Ci co najmniej 250 euro odszkodowania? Airhelp załatwi za Ciebie formalności i pobierze prowizję tylko w przypadku wygrania sprawy.

Zabawa w zakupy

Jadąc tu, nie sprawdziłem wysokości nad poziomem morza (a przecież mam do tego bezpłatną aplikację Mapy.cz). Zabrałem tylko mały plecak z bielizną, zostawiając walizkę w Jinjy. Chcę więc kupić koszulę. W lokalnym sklepiku jest taka za dziesięć złotych, wygląda dobrze. Pani mówi, że mój rozmiar. Gdy ją zakładam rękawy ledwie sięgają nadgarstków. Pani mówi, że pasuje. Wygląda na to, że wieczorami dalej będę paradował przykryty ręcznikiem. Mój status zbliża się do lokalnej średniej - ludzie chodzą w wiosce w podartych ubraniach. Oprócz mnie nikt nie kupuje, nie ogląda. Myślę o rosnących obrotach branży tekstylnej zapychającej szafy zachodnich konsumentów. Wyprodukowanie jednej koszulki bawełnianej pochłania 2500 litrów wody. Dżinsów aż 7500.

Zastanawiam się, czy lecąc w podróż do kraju trzeciego świata można by zapakować nieużywane ubrania i rozdać na miejscu? Przecież często ludzie latają z bagażem ważącym poniżej limitu.

Nie lubię piwa. A jednak Nile Special zdobywa moja sympatię. Słusznie schłodzony kosztuje trzy złote w knajpie Chinoes. W cenie jeszcze jest widok na góry. Zamawiam tu obiad. Czekam na niego jakieś czterdzieści minut. Obsługa wszystko robi na bieżąco. Gotują nad paleniskiem w domu obok.

Mimo ssącego głodu, staram się czekać cierpliwie. I wciąż myślę o różnicach między Ugandą a Zachodem. Snobistyczne w Europie awokado, przyczyniając się czasem do wycinek lasów deszczowych, tu w Ugandzie kosztuje czasem tylko 30 groszy za sztukę. Przy tej różnicy cen i dobrej woli koncernów oraz najbogatszych państw świata można by rozwiązać parę problemów Afryki. Zmniejszyć głód, śmiertelność, ograniczyć liczbę niechcianych i porzucanych dzieci, wypalanie lasów deszczowych, uratować wiele zwierząt. Afryki jednak nie stać na PR czy lobbing takich krajów jak Australia.
 

Biały człowieku, pokaż mi jakieś zdjęcia!

Zainspirowany zachowaniem krów postanawiam też uzupełnić sobie sole mineralne. Znajduję przy drodze dużą skałę, chowam się za nią i liżę. Smakuje jak skała. Wracam do hotelu, a po drodze dziewczyna macha przed domkiem i woła „welcome”. Ma jakieś dziewiętnaście lat. Jest z siostrą, robię im zdjęcie, wtedy podbiega jeszcze dwójka. Przedstawia swoją rodzinę. Mają farmę bananowców, tu pod domem oraz na innej działce. Żegnam się i idę dalej.

- Mzungu! Show me some pictures! - Biały człowieku, pokaż mi jakieś zdjęcia! - woła chłopczyk przed moim hotelem. Po chwili oblega mnie już trójka dzieciaków, a ja pokazuję im zdjęcia z rodzimego Beskidu Wyspowego i Mszany Dolnej.

Powoli przyzwyczajam się, że co chwilę ktoś mnie woła i podpytuje. Jest to o tyle dziwne, że są tutaj biali turyści. Ale może przez to, że głównie przesiadują w hotelach. Na ulicy czy w afrykańskich restauracjach nie widuję ich.

Parę godzin później znów idąc do hotelu, słyszę wołanie. Być może na mnie. Ale nie oglądam się. Po chwili wołanie jest głośniejsze. Odwracam się. 

To znowu siostry. Jedna z nich mówi, że chce abyśmy byli przyjaciółmi. Trochę mnie wprawia w zakłopotanie. Proponuję dodanie się na FaceBooku. Nie mogę jej jednak znaleźć. A ona nie ma przy sobie telefonu. Proponuję dziewczynom, żeby zapamiętały moje imię i nazwisko, i mnie później dodały. Zlepek moich najbardziej osobistych liter alfabetu jest dla nich wyzwaniem. Czy zapamiętały? Na razie nie dostałem zaproszenia. 
 

Biały ściąga koszulkę

Kolejna chłodna noc ponownie skłania mnie do kupienia koszuli. Odkrywam jeszcze jeden sklepik z odzieżą. Mam parę sztuk na oku, chcę przymierzyć. Biały ściąga koszulkę. Znowu sensacja w wiosce. Po chwili mam już kilku doradców. Wszyscy zachwyceni. Zarówno w przypadku zbyt krótkich rękawów czy wtedy, gdy wyglądam jakbym był w worku.

Jedna z koszul jest bardzo ładna. Kolor, fason. Glanc. Przy zgięciu rękawów czuję ucisk. Mówię, że za mała. Miejscowi przekonują, że idealna. Ostatecznie kupuję inną, o dziwo - w sam raz. Pastelowe kratki. Płacę około dwunastu złotych. Mam w końcu fajną pamiątkę z Afryki. Pamiątka, to taka rzecz, która ma przypominać. W tym wypadku Ugandę. Produkcja: Bangladesz. 

Zostały już tylko dwa zakupy. Klej do naprawienia sandałów i plastry na otarcia od sandałów właśnie. Apteka to budka z czterema półkami zasłoniętymi firanką chroniąca przed kurzem. Pan chce dwa złote za dwa plastry. Pytam dyplomatycznie czy go pogięło, co zajmuje mi kilka zdań. W końcu w tej samej cenie daje mi dziesięć plastrów.
 

Obrzezanie i piwo z prosa

Kolejnego dnia schodzę pod trzeci, dolny wodospad. Tym razem idę z przewodnikiem Jobem (tel. i Whatsapp  +256 754 652 860), który opowiada mi o tutejszych zwyczajach. Np. że ludzie piją wodę trzy razy dziennie. Zresztą nie tylko wodę. Zauważyłem już pierwszego dnia, że wieczorem mężczyźni spotykają się by pić dziesięcioprocentowe piwo rzemieślnicze z fermentacji prosa. Przelewane do plastikowego wiaderka po margarynie i sączone rurkami przez paru facetów naraz przez kilka godzin. W cenie pięciu złotych można się dobrze zrobić.

To nie jedyny ich rytuał. Praktycznie każdego faceta czeka obrzezanie ubrane w trzydniową ceremonię. Jak mówi Job, to ich ochroni przed HIV, drożdżakami, syfilisem. Później czytam, że choć nie wszyscy naukowcy są zgodni co do zmniejszenia ryzyka zakażeniem wirusem HIV, to obrzezanie często wiąże się z edukacją seksualną, czego efektem jest spadek zachowań ryzykownych i faktycznie liczby nowych zarażonych. Job mówi, że jakbym chciał, to mi zademonstrują obrzezanie.

Schodząc do dolinki po stromych schodach dochodzimy do jaskini. Czuwa przed nią mężczyzna. Czuwa, by pobrać opłatę. Najpierw na kuckach trzeba się prześliznąć po niewygodnych skałach, by później już normalnie iść. Czuć wilgoć i rozkładający się mocz. Jest i opakowanie po prezerwatywach. Ktoś ma romantyczną duszę.

Strop skrzy się odbijając światło latarki. To minerały. Dotknięcie ich kończy się ukłuciem. Jak szklanej waty.

Podobnie jak w przypadku pozostałych wodospadów i do tego droga prowadzi przez bananowce jak i resztki dżungli, całość układając w piękny krajobraz. Tuż przy wodospadzie robi się bardzo ślisko, woda uderzają z impetem z wysokości stu metrów tworzy chmurę kropelek rozrzucanych w promieniu kilkudziesięciu metrów. To z jednej strony sprawia, że wydeptane ścieżki są bardzo śliskie, a z drugiej – gwarantuje soczyście zieloną, gęstą roślinność dookoła. Job mówi, że dobrze, że idziemy w styczniu, bo wcześniej nie dałoby się zejść, tak było ślisko.

Wracamy do wioski trochę inną trasą. Okazuje się, że tuż przy głównej asfaltowej drodze jest jeszcze czwarty wodospad – zwany Małym Sipi.
 

Dziewczyna z siekierą

Ostatniego dnia Job zabiera mnie do wodospadu Cebonet, który choć bardzo podobny do pozostałych, to jest zasilany innym potokiem. Po drodze dołącza do nas stadko dzieciaków. Dwójka ma ze sobą opony i kije. Służą im do zabawy na w miarę równym terenie. Chłopcy nie rozstają się z nimi nawet schodząc po bardzo stromych metalowych schodach czy śliskim gruncie. Później będą je targać na górę. W klapkach.

Gdy fotografuję wodospad, dwójka chłopców wchodzi mi w kadr, czyniąc zdjęcie ciekawszym. Szukam idealnego ujęcia, kiedy Job płoszy dzieci, żeby mi nie przeszkadzały.

W drodze powrotnej przechodzimy przez wioskę. Pytam czy możemy zajrzeć do jednego okrągłego domku. Jest tu tylko kobieta około pięćdziesiątki. Na ścianie frontowej plakat z papieżem Franciszkiem. W środku na ziemi drewno, garnki, miski, niedopalone ognisko. Pod sufitem podwieszone kolby kukurydzy. W ogródku ma krzaczek chilli. Na razie owoce są małe i zielone. Czy mogę spróbować? Job mówi, że teraz to jest jeszcze gorzka.

Pojawiają się kolejne domki. Na niektórych ściana popękana w finezyjnych kształtach. Dużo bananowców. Job uczy mnie odróżniać żółte banany od zielonego matoke. Czyli te dające owoce do jedzenia na surowo z zieloną łodygą  i większe z czarną łodygą, których owoce gotuje się jeszcze, gdy są niedojrzałe.

Bananowce rosną bardzo szybko i po dziewięciu miesiącach dają owoce, mocno wyjaławiając glebę. Łodygi jedzą krowy, a ziemię nawozi się owocami kawowca, po wyciągnięciu pestek (te przecież pójdą do prażenia). Po chwili mijamy dwie kopy rozkładających się owoców. A nie można by z nich zrobić dżemu?

Mijamy jeszcze trzech mężczyzn siedzących na ławce i popijających pięćdziesięcioprocentowy bimber z prosa. Każdy w koszuli. W przypadku spodni spójność się kończy. Jeden ma takie od garnituru, drugi dresowe, trzeci coś pomiędzy. Jeden boso, drugi w klapkach, trzeci w  gumiakach. Macham z pozdrowieniem. Wtedy mnie wołają. Chcą poczęstować. Odmawiam. Nieopodal pod drzewem siedzi paru innych mężczyzn, którzy się nam przyglądają. I jeszcze dziewczyna, która wielką siekierą rąbie drewno i śmieje się, gdy jej robię zdjęcie. Pytam Joba, czy tutaj mężczyźni nie rąbią drewna? Mówi, że rąbią. Pytam, czemu więc jej ktoś nie pomoże? Job mówi, że pewnie jej bracia mogliby pomóc, ale widocznie są zajęci.

Cena noclegu 1 osoby w pokoju 2-os.: od 10 USD*

Zalecana długość pobytu: 2 - 3 dni

Najlepszy okres: styczeń, luty, marzec

Transport: samolotem do Entebbe

Polecane filmy:

Więcej: Pierwszy reportaż o Ugandzie

* minimalna ocena 7 na 10

Galeria