Odbierz 164 zł zniżki na noclegi przez airbnb!


Przygody z tropikalnymi chorobami

Opowiadania, felietony, wywiady / Przygody z tropikalnymi chorobami

Podejrzenie malarii, zatrucia metanolem i zły dotyk lekarza, czyli o moich chorobach w tropikach.

 

Podryw w dżungli

Przed wylotem do Azji postanawiam się zaszczepić przeciwko tężcowi. Łapie mnie jednak drobne przeziębienie, szczepionka ląduje w lodówce, a ja postanawiam uważać.

Lądujemy z Agą w Medanie, na Sumatrze. Stąd kierowca zabiera nas do Bukit Lawang. Aga jest przerażona śmieciami na drodze. Na szczęście po godzinie opuszczamy zurbanizowany teren. W zamian droga gruntowa. Tak nami telepie, że zaczynamy się śmiać.

Gdy dojeżdżamy na miejsce Aga przypomina mi, że tutaj grasuje tyfus. Wyczytałem, że polifenole w winie dają mu radę. Kupujemy tanie wino z nadzieją, że ma polifenole. Ale przecież nie będziemy chodzić ciągle nawaleni…

wyspa Tailana

Wyspa Tailana. Indonezja

Idziemy do dżungli. Po spotkaniu z orangutanami rozbijamy obóz nad strumykiem. Śpimy w otwartych szałasach. Świeże śpiworki, szum wody, idealnie. Nagle Aga mówi, że pająk. Patrzę na sufit. No tak. Jest. Fajnie, możemy iść spać? Nie, ona nie będzie tu spać. Idzie na zewnątrz. Chcę ją wołać, ale patrzę na sufit i widzę drugiego, większego pająka. Biorę śpiwór i idę. Aga już leży. Moszczę się obok. Gwiazdy między koronami drzew magicznie mienią się na niebie przy akompaniamencie strumyka. Brakuje tylko nutki miłości. I proszę bardzo - przewodnik obok zaczyna łamaną angielszczyzną memłać do Agi jakieś tandetne teksty na podryw. Czuję kamienie pod śpiworem. Współczuję im. Myślę też o sobie i wężach, które mogą się mnie przestraszyć, gdy będę się wiercił w śnie. Z troski o węże nie zasypiam.

Parę dni później żegnamy dżunglę. Jedziemy w taksówce dalekobieżnej. Z nami właściciel etycznej restauracji. Wychował się tu, kształcił w Holandii, a teraz otworzył restaurację, w której wykorzystał elementy z recyklingu, więc jest etycznie. Pytam, dlaczego smaży na oleju palmowym. Bo taniej.

Aga pyta, czy jest tu malaria. Restaurator odpowiada, że występuje rzadko, ale na małych wyspach, dokąd się wybieramy – częściej. Strach. Ale uspokaja nas, że jak coś, to w jeden dzień dotrzemy do Singapuru, a tam mają najlepsze szpitale w Azji.

Zaciekawił Cię ten tekst?
Śledź mnie na Facebooku albo wpadnij na spotkanie podróżnicze, które organizuję.

 

Zabijanie wirusów

Na wyspie Sumatra leży jezioro Toba. Na jeziorze znajduje się powulkaniczna wyspa Samosir. Na wyspie znajduje się jeziorko. A nad jeziorkiem pasie się koń.

Samosir jest zielona, śliczna, mało turystyczna. Kakao, awokado w ogródkach. Wypożyczamy skutery. Śmigamy, przecinamy powietrze. Na liczniku niemal 40 km na godzinę. Prawie jak Easy Rider.

W drodze powrotnej dopada nas ulewa. Robi się chłodno. Jesteśmy mokrzy, a każdy kilometr szybciej uderza w nas zimniejszym powietrzem. Jedziemy jakieś 10 km na godzinę. W tym tempie albo ućwierkniemy z zimna albo w końcu dojedziemy, ale za godzinę, dwie i... wychłodzimy się. Po drodze mijamy zamknięty bar. Obok mieszka właścicielka. Czy mogłaby nas uratować i sprzedać herbatę?

Kupujemy herbatę, później drugą... Przegryzamy papryczkami chilli. Mówię Adze, że tak zwalczymy wirusy i bakterie, które chcą pewnie wykorzystać okoliczności i nas zaatakować. Aga to kupuje. To najdziwniejsza potrawa jaką sobie był w stanie wymyślić mój chory umysł. Ale ważna jest nadzieja. Aga wciąż dygocze z zimna. Sugeruję, żeby kupiła od kobiety jakieś spodnie. Ta przynosi jej ubrania. Aga mówi, że je odda. Co będzie płacić. Ruszamy i pół godziny później docieramy do hotelu.

Kupuję arak, lokalną wódkę, na rozgrzewkę. Dla nas, ale ona nie chce pić. Robię sobie drinka. Wypijam. Aga mówi, że były jakieś śmiertelne zatrucia arakiem (metanol) w Indonezji, dlatego nie chciała pić. Hm, to w porę mi mówi. Opowiada o pierwszych symptomach zatrucia. Moje ciało nabiera olbrzymiej samoświadomości, czuję każdy organ i bacznie je obserwuję. Przyznam szczerze, że nigdy nie zaglądałem sobie do trzustki. Aga mówi, że można umrzeć, ale można też przeżyć doświadczając tylko mniejszych dolegliwości, np. oślepnąć. Gdy to słyszę uspokajam się. Po chwili uświadamiam sobie, że nic nie widzę. Spokojnie... przecież sam zgasiłem światło. W końcu zasypiam. Budzę się po paru godzinach i idę do ubikacji. Aga mówi, że nie śpi, bo czuwa.

Na drugi dzień czujemy się zupełnie dobrze. Opuszczamy wyspę, a Aga pyta w hotelu, czy ktoś przy okazji mógłby podrzucić ciuchy do baru. Serio? Serio.





 

Ściskanie w busie

Chcemy dotrzeć na archipelag Banyak – kilkanaście małych wysp na zachód od Sumatry. Kupujemy bilety i jedziemy. Busik jest tak mały, że nie jestem w stanie się wyprostować, więc jadę z przekrzywioną głową ku ubawowi innych. Ale niewygody rekompensują fantastyczne widoki na jezioro z góry. W pewnym momencie szutrowa droga w lesie kończy się nad potokiem. Przecinamy go i wyjeżdżamy z powrotem na drogę.

Po dwóch godzinach dojeżdżamy do jakiegoś miasteczka. Tu nas wysadzają i pokazują inny bus. Jak się wypełni do końca ludźmi, to pojedziemy dalej. Po kilku kwadransach ruszamy. Pełni radości wyginamy się znów jak origami i suniemy dalej. Gdy bus się zatrzymuje, okazuje się, że musimy się znowu przesiąść. Ja już dawno zgubiłem bilet, więc pozostaje nic innego jak zaufać, że nikt nas nie robi w konia. Trzeci busik dowozi nas do Singkil. Tu nocujemy. Jak o coś pytamy, to nasz gospodarz nic nie rozumie, więc za każdym razem dzwoni do szefa, który mówi po angielsku. Następnego dnia ruszamy promem do archipelagu Banyak. Na wyspie Balai przesiadamy się do łódki z silnikiem, oprócz nas jeszcze dwie parki i woźnica. Płyniemy na kolejną wyspę - Tailanę. Wciskam między nogi plecak, w którym mam laptop i mam nadzieję, że się nie kopyrtniemy. W zasadzie przez pół drogi myślę o plecaku rozbujanym jak my wszyscy kołysaniem fal. Rozmawiamy po angielsku. Po godzinie podróży okazuje się, że oprócz nas w łódce siedzi jeszcze troje Polaków i Czech. Śmiech.

Malutka wyspa Tailana przyciąga turystów, ale ze względu na trudy podróży niewielu tu dociera. Ma jakieś pół kilometra obwodu, śmiesznie niskie ceny i fantastyczną rafę koralową, która zaczyna się przy plaży. Dwa dni później płyniemy na wyspę Palambak. Ta ma jakieś siedem kilometrów obwodu. Na stałe mieszka tu pięć, sześć osób. A do tego my. Nietknięta rafa koralowa pięćdziesiąt metrów od brzegu. Raj.

Jedyny mankament Palambaku to komary. Leżymy w małżeńskim łóżku, zupełnie niemałżeńsko. A tu jakieś bzykanie. Okazuje się, że moskitiera podziurawiona. Aga w połowie nocy stwierdza, że ryzykujemy malarię. Nastepnego dnia moskitiera zostaje naprawiona, ale toaleta jest na zewnątrz, więc wyprawa tam, to jak spacer na oczach snajpera w bośniackiej wiosce. Zwłaszcza przy dwójce, gdy wyginasz się nad dziurą eksponując komarom tyłek niczym tarczę. Aga panikuje. Dzień później postanawia uciec z wyspy, bo malarię to już mamy na 90%.


 

Malaria

Kuala Lumpur. Z komentarzy Agi wynika, że jedliśmy w złej restauracji. Że jedzenie ryzykowne. Że pałeczki tyfusu mogły tam być, a nawet glutaminian sodu. Gdera mi tak przez godzinę, a ja słucham. Po godzinie słuchania zaczyna boleć mnie brzuch. W pewnym momencie dopuszczam do siebie myśl, że to może być psychosomatyczne, że koncentracja na chorobach wywołała we mnie stres, a stres dolegliwości żołądkowe. Ona mówi, że nie. Następnego dnia nasza wspólna podróż dobiega końca, rozdzielamy się. Dolegliwości ustępują.

Jadę do Malaki, gdzie łapie mnie gorączka. Jest tu dobra rzeka do spacerowania wzdłuż, ale w tym stanie mogę się gibnąć i spłynąć z prądem. Dwa dni później jestem w Singapurze. Ból gardła, katar. Czy to przeziębienie, czy początek choroby tropikalnej? Przypominam sobie żarciki o najlepszych szpitalach w Azji i odwiedzam jeden z nich.

Przez telefon organizuję sobie wizytę, którą ma pokryć ubezpieczyciel. Mówią, gdzie mam się udać. Przy okienku w poczekalni o niczym nie wiedzą. Jeśli chcę zrobić testy na dengę i malarię, to mogę zapłacić, a oni dadzą mi rachunki i zgłoszę się z nimi do ubezpieczyciela. Ile? Wychodzi prawie 2 tysiące złotych. To dzwonię znowu do ubezpieczyciela. A oni, że przecież czekają tam na mnie, wszystko załatwione. Znów podchodzę do pani w okienku. Nic nie wie. A macie tu inne okienka? Nie.

Dzwonię znowu i cisnę o badanie. Może ja jestem w innym szpitalu? Zaczynamy od początku: kraj, miasto, nazwa i adres szpitala. Może są inne wejścia? Mówię, że wszedłem tym z czerwonymi drzwiami, przez korytarz, na końcu na wprost jest recepcja. Nad nią jakiś impresjonistyczny obraz z widocznymi wpływami surrealizmu flamandzkiego. XIX-wieczna rama z drewna eukaliptusa, impregnowana co najmniej dwukrotnie lakierem albo ze trzy razy - nie wiem, nie jestem Michałem Liszką. Rama jest pęknięta na dole – prawdopodobnie spadła, gdy zdejmowano obraz na czas remontu szpitala. Remont datuję na rok 2013 r. Pani w recepcji ma około 25, maks 40 lat. Typowa malajska uroda, blond włosy do ramion. Grube szkła mogą świadczyć o wysokiej inteligencji, ale mogą też o niej nie świadczyć. Biała bluzka, sutków nie widać. Szkoda. Obstawiam, że to przez stanik. Przypuszczam, że ma majtki w tym samym kolorze, czy mam zapytać? Pani z ubezpieczenia mówi, że adres się zgadza i zadzwoni tam jeszcze raz.

Po kilku kwadransach jestem przebadany, a krew pobrana. Chcą, żebym czekał godzinę na wynik. Panie, ja tu zwiedzać przyjechałem, a nie umierać! – mówię. Zostawiam maila, żeby wysłali mi wynik. W tej cenie to chyba można? A oni, żebym został, bo wynik może być pozytywny. Ja mówię, że w razie czego autobusy jeżdżą w dwie strony. Wychodzę.

Po paru godzinach dostaję maila. Wyniki negatywne. Piszę do Agi, żeby ją o tym poinformować. Odpisuje, że ją to nie dziwi, bo w ciągu tamtej nocy na plaży przeczytała dwie prace magisterskie o malarii znalezione w sieci. Żeby komar przenosił pasożyty malarii musiałby wcześniej ugryźć kogoś chorego na malarię. Na wyspie mieszka parę osób, a komar żyje parę tygodni. Malarii nie było tam od lat. Matematyka wskazuje na znikome ryzyko zarażenia. Hmmm. Skoda, że Aga nie powiedziała mi tego wcześniej.



Czy wiesz, że za opóźniony lub odwołany lot przysługuje Ci co najmniej 250 euro odszkodowania? Airhelp załatwi za Ciebie formalności i pobierze prowizję tylko w przypadku wygrania sprawy.

Zły dotyk

Malaria przypomina o sobie rok później. Zaczyna się od przeziębienia w Tanah Rata, w Górach Camerona w Malezji. Spacer w Lesie Mglistym podczas mżawki pewnie nie pomaga, ale co za widoki! To jakaś sceneria z filmu fantasy. Drzewa porośnięty mchami, z których część tworzy długie zwisające brody, otulane powoli sunącą mgłą dodającą lasu tajemniczości i odrobiny grozy. Na dodatek jestem sam, bo las jest zamknięty ze względu na… remont drenażu w drodze dojazdowej. Nie widzę w tym utrudnienia dla pieszych, ale w niektórych krajach zamykają lasy nawet, gdy nie remontuje się drenażu.

Po Górach Camerona udaję się na archipelag Perhentian. Bujanie się w hamaku z widokiem na morze byłoby idylliczne, gdyby nie okrutne wycie muezina, brzmiące nieco jak parodia islamu.

Tutaj nie tylko wzmaga się moja gorączka, ale nawet dopadają mnie dreszcze. Idę do lekarza. Ile to będzie kosztować? Lekarz miłym, niewieścim głosem oznajmia, że urocze osoby nie płacą. Stwierdza, że nie mam malarii i żebym się nie martwił. Ale chyba boi się, że będę się martwił, więc przytula mnie na pożegnanie.

W przygotowaniu: zakażenie w dżungli amazońskiej, bariery językowe w komunikacji z lekarzem i cztery antybiotykoterapie. A także o sposobach na bakterie w Indiach, walce z pasożytem w nodze na Zanzibarze i jak się broniłem przed hivem u fryzjera.

W tym stylu również tekst o kwarantannie w czasach pandemii.


Poznaj więcej inspiracji na ten miesiąc – spójrz na prawy margines >