Czerwonka w czasach miłości

Opowiadania i felietony / Czerwonka w czasach miłości

 

Rainbow Gathering

A gdyby tak nie musieć oglądać się w lustrze, stroić. Gdyby chodzić, w czym się lubi albo i bez niczego. Nie potrzebować telefonu. Nie musieć zamykać domu. Bawić się na najlepszych imprezach bez towarzystwa napranych ludzi. Tak właśnie żyje się na zlotach Rodziny Tęczy (Rainbow Gathering).

Tradycja sięga lat 70. w USA i rozlała się na cały świat. Są coroczne lokalne spotkania w poszczególnych krajach, jest i europejskie. Takie właśnie odbyło się niedawno w Beskidzie Niskim, gdzie przewinęło się kilka tysięcy ludzi, dzielących się platoniczną miłością oraz czerwonką i salmonellozą.
 

***

Już pierwsze minuty uświadamiają mnie, że mam do czynienia z czymś niezwykłym. Co chwilę słyszę: witaj w domu. Ludzie się uśmiechają, niektórzy na powitanie przytulają. W końcu rodzina. Nie ma telefonów, a gdy ja próbuję wyciągnąć swój, szybko zostaję skarcony wzrokiem. To mi się podoba. Nie zobaczę też ani jednej butelki alkoholu. Dzięki temu społeczność fantastycznie bawi się 24 godziny na dobę, tańcząc przy ognisku w środku nocy, czy śpiewając w samo południe. Bez pijackiego darcia gardła, bez chwiejnych typów, rynsztokowych gadek i klejących rąk. Weseli chłopcy i dziewczyny odziani tylko w wiatr przechadzają się nieskrępowanie po obozie.

Wspólne zakupy i robienie posiłków. Pomoc do kuchni zwoływana spontanicznie, a komunikaty przekazywane krzykiem, powtarzanym przez kolejne grupki niczym echo. Ludzie chętnie się dzielą, ktoś przyniósł swoje aronie. Rozdaje. Choć dzielenie się nie zawsze działa. Chcę zagrać na czyjejś gitarze. Dostaję odmowę. Od kiedy informacja o Tęczy trafiła do Internetu, przyjeżdża dużo przypadkowych osób skuszonych hasłami, na które są podatni (golasy, życie jak w XVII wieku czy wyśmienita muzyka), lecz nie studiują regulaminu. I tak właśnie rodzi się epidemia, o której później.

Kogo tu spotykam? To trudne do zdefiniowania. Bo są i hipisi, i naukowcy, astrolodzy, i artyści. Jednym słowem nie sposób określić tej zbiorowości. Mianownikiem wspólnym jest chęć przebywania blisko natury, tradycyjnie,  z dala od konsumpcjonizmu i kapitalizmu. Nie używa się nie tylko telefonów i elektryczności, ale również chemikaliów, myjemy się w rzece używając popiołu (ma właściwości absorbujące), ręce dezynfekuje się octem.

W ciągu dnia uczymy się na warsztatach tańców afrykańskich lub gry na bębnach, jogi, akrojogi, hipnozy. Ktoś pomaga w kuchni. Wieczorem można pomantrować w namiocie - Świątyni Muzyki lub pośpiewać i potańczyć przy jednym z wielu ognisk. Nie usłyszymy tu jednak hitów polskiej muzyki ogniskowej. Dużo improwizacji muzycznych i wokalnych na bardzo wysokim poziomie. Wpada się w trans.

Niektórzy szukają tu duchowości, głębokiego kontaktu z przyrodą, drugim człowiekiem bądź wglądu w siebie. I to znajdują. Choć jak przyznaje jedna z częstych uczestniczek zlotów, z wykształcenia socjolog, tym razem charakter zgromadzenia nie jest taki duchowy i autoteliczny jak kiedyś.

Beztroska działa holistycznie. Ona wraz z nieuważnym czytaniem zasad sprawia, że ludzie zaniedbują higienę. To w połączeniu z wielodniowymi ulewami sprawia, że prowizoryczne toalety zostają wypłukane i fekalia roznoszą się na podeszwach po całym obozie. Również ze spontanicznie pozostawianego w lesie kału. Jego smród czuję nawet w świętym kręgu.

Ponieważ kontakt rąk ziemią jest nieustanny (również podczas rytuałów poprzedzających wspólne posiłki), więc choroby rozprzestrzeniają się błyskawicznie. Z kolei kuchnia to nie jest miejsce, gdzie tylko przygotowuje się posiłki. To przestrzeń o charakterze społecznym. Tutaj wspólne gotowanie nabiera wyższego poziomu. Kucharze śmieją się i kołyszą w rytm muzyki na żywo. Ciągle ktoś się tu przewija, zagadać, zobaczyć. Oprzeć się nieświadomie o stół, zostawić zarazki i pójść dalej.

Gdy w ostatnim tygodniu zlotu z niemieckiego szpitala dochodzi informacja o potwierdzonym przypadku czerwonki (z czasem również salmonellozy czy e-coli) i liderzy apelują  o przestrzeganie higieny, słychać komentarze od wielu uczestników, że są odporni i nic im nie grozi, poza tym ewentualne przeczyszczenie dobrze zadziała na organizm. Ja nie mam ochoty się oczyszczać, więc ortodoksyjnie przestrzegam higieny. Jako jeden z nielicznych nie zachoruję, choć kosztem stałej uwagi i spożywania głównie własnych posiłków podczas całego pobytu.

Polscy harcerze radzą sobie świetnie budując latryny. To jednak chyba za dużo pracy jak na Rodzinę Tęczy żyjącej trochę jakby na niekończonych się wakacjach. Jest to zbiorowość codziennie odtwarzająca swoje instytucje. Nie ma hierarchii ani formalnego przywództwa. Codzienne zwoływana jest pomoc w kuchni jak i „poranne” narady (najczęściej popołudniu), w których każdy może wziąć udział i być podmiotem decyzji. Do dzielenia się pomysłami zawsze są chętni, trudniej jednak przekuć pomysły na działanie.

Idę na warsztaty tantry, w pięknym namiocie ukrytym gdzieś na górce w lesie. Na miejscu dowiaduję się, że prowadzący zmienił zdanie. Nie chce dziś prowadzić warsztatów, za to chętnie dzieli się jedzeniem. Krąży z rąk do rąk. Pytam, czy słyszeli o potwierdzonej epidemii. Tak, ale jedzenie zostało pobłogosławione.

Oczywiście ta ucieczka od materializmu jest symboliczna. Poza nielicznymi, którzy sami szyją sobie tipi i ubrania, większość śpi w namiotach, śpiworach lub w hamakach wyprodukowanych bądź sprzedanych przez korporacje. Używa się nowoczesnych latarek, instrumentów muzycznych, często ciuchów niewiadomego pochodzenia. Niemniej ta atmosfera przyjaźni i beztroski jest czymś, czego powinni doświadczyć wszyscy na tej planecie. Choćby na dwa dni (niektórym siła przyzwyczajeń nie pozwoliłaby na dłużej). Działa uświadamiająco i terapeutycznie, pokazuje też jak zaskakująco dobrze może działać szacunek dla innych i przyrody. Bez gróźb mandatami. Na całym terenie praktycznie nie widzę śmieci, nawet petów, mimo braku koszy. Jakie to niepolskie!

Gdy choroby już hulają, a uczestnicy zlotu zasilają okoliczne szpitale, w teren rusza lokalny sanepid, przeprowadzając kontrole w… wiejskich sklepach. Zlot trwa miesiąc księżycowy, a sanepid dociera do ogniska epidemii dopiero parę dni przed zakończeniem zgromadzenia, apelując o przestrzeganie zasad higieny i dowożąc (ponoć) tojtoje. Gdyby ktoś chciał zaatakować Polskę bronią biologiczną, to sanepid byłby pewnie ostatnią instytucją, która połapałaby się, o co chodzi.



promocje na hotele