Borneo


Kemping w dżungli

Podłużna sylwetka właśnie mignęła mi przed oczami. Co to jest? Podążam za nią. Czai się pod podłogą wiaty. Schylam się i pstrykam zdjęcie. Flesz aparatu oświetla niezapowiedzianego gościa. Na podglądzie widzę prążki. Ciało długie na ponad metr. Dolina Danum słynie z kotowatych, ale ten ma podłużny pysk, jak u psa. Może cyweta? Krótka sesja fotograficzna i już jej nie ma.

Podekscytowany kładę się na pryczy. Co nie zmienia faktu, że nadal będę mógł podglądać kolejnych odwiedzających.

Wiata ma jakieś 20 metrów długości, mieści kilkanaście prymitywnych łóżek. Przypominają mi one kanadyjki z czasów obozów harcerskich organizowanych przez mszański hufiec. Tylko, że tam był jeszcze materac. Tutaj udaje mi się wynegocjować koc. Jako prześcieradło. Przykrywam się wielkim ręcznikiem z Decathlonu. Jest i luźno zwisająca moskitiera, jedyna ściana między mną a dżunglą. I niby całość otoczona siatką, tylko co dwa dni jakiś kolorowy nielot biega po posesji jak szalony, wystraszony moim widokiem. Siatka jednak daje mi większe poczucie prywatności, bo tuż za nią prowadzi szlak, który czasem przemierzają nieliczni turyści, częściej naukowcy lub strażnicy.

Rano znajduję przewrócony kosz, to do niego wrzuciłem ości suszonej ryby, którą przywiozłem ze sobą. Czyli cyweta – zidentyfikowałem  gościa – wróciła. Kolejnej nocy resztki organiczne wkładam do worka i wiążę pod sufitem sąsiedniej wiaty, która stanowi kuchnię i jadalnię w jednym.

Od lektury odrywa mnie hałas. Włączam latarkę i widzę jak cyweta hasa po zlewozmywakach. Ucieka spłoszona. Biorę letni prysznic i wracam do lektury na krześle. Ni stąd ni zowąd widzę jak zwierzak bezczelnie przechodzi powoli obok mnie, lekko schylony, jakby liczył na to, że go nie zobaczę.

Nocne zwierzęta łatwo dostrzec, bo ich siatkówka odbija światło. Dlatego też zwykłych ptaków tak nie zobaczymy, ale sowy już tak. Co noc jestem na spacerze. I co noc spotykam inne zwierzę. Rozczula mnie kukang, który niewiele sobie robi z mojej obecności, gdy jednak zbliżam się za bardzo, odwraca się i powoli oddala.

Innej nocy spotykam tropikalną żabę. Ale najbardziej ekscytują mnie latające wiewiórki. W zasadzie, to nie tyle latają, co szybują dzięki błonom między przednimi a tylnymi łapami. Szybując w ten sposób mogą pokonać odległość przeszło 100 metrów. Wiewiórki te tuż po zachodzie słońca ruszają na poszukiwanie pokarmu. Wystarczy więc usiąść pod drzewem, gdzie mają dziuplę, a one niczym Pendolino wyprują o dokładnie wyznaczonym czasie. Za pierwszym razem zagapiam się i udaje mi się spostrzec kątem oka tylko mignięcie. Na drugi dzień poluję nieustępliwie i oglądam jak jakieś 50 metrów nad ziemią wiewiórka prześlizguje się po niewidzialnej nici na drugie drzewo oddalone o kolejnych kilkadziesiąt metrów.

Parę tygodni później w innej części Borneo (dokładnie w Parku Bako), odwiedzając go wraz z Piotrkiem Służewskim i Kasią Garwacką obserwuję jeszcze bardziej niesamowity spektakl. Wolny, ślamazarny, budzący wyglądem litość lotokot wspina się po konarze. Nagle odrywa się od drzewa i jak papierowy samolot ze szkolnych czasów szybuje na inne drzewo. Z upośledzonego zwierzaka staję się na moment panem przestworzy.

Podczas dziennej wędrówki Piotrek zatrzymuje nas i wskazuje na rozpostartą między gałęziami pajęczynę, błyszczącą w promieniach słońca, na której czyha piękny duży pająk. Jesteśmy tak na nim skupieni, że niemal przeoczamy trwożnicę Waglera na krzaku obok. Zastygła w bezruch. Może tak tygodniami dopóki nie zgłodnieje i nie pojawi się obok ofiara. Przejście jest wąskie i zastanawiamy się czy będziemy w zasięgu jej ewentualnego ataku. Oczywiście węże cenią swój jad i nie częstują nim na prawo i lewo, niemniej robimy trochę zamieszania, co może niepokoić węża. Choć z pewnością najbardziej wystraszeni to jesteśmy my. Piotrek przykleja się niemal do kamiennej ściany po drugiej stronie ścieżki i przechodzi dalej. My z Kasią i kijem po chwili dołączamy do niego. Żmija  ani drgnęła.

Trwożnice Waglera to bardzo osobliwe zwierzęta. Zielone za młodu, z czasem (w przypadku samic) mogą zmienić ubarwienie, choćby na niebieskie. Ofiary wykrywają dzięki zmianom temperatury. Rejestrują różnice dochodzące do tysięcznych stopni Celsjusza.  Ich jad jest rozważany pod kątem zastosowania w kosmetykach, gdyż paraliżuje mięśnie. Niestety.

Czy to w Parku Bako, czy w Rezerwacie Danum (ale w Danum szczególnie) każda noc, to szansa na spotkanie  fascynujących zwierząt. O dziwo jest to najłatwiejsze na głównych drogach dojazdowych do ośrodków. Gdy chodzę nocą wąskimi szlakami przecinającymi dżunglę widzę głównie owady i pająki. Te ostatnie łatwo wypatrzyć, bo odbijają światło latarki. Można się zdziwić jak wiele ich jest w runie leśnym.

Zwierząt jest więcej, ale trudno dostrzec je w gęstwinie. Za to na drodze nic ich nie zasłania. Świnie brodate, jelenie, trwożnice Waglera. Cały świat ożywiony nic sobie nie robi z obecności ludzi. Skoro nikt ich nie atakuje (ani na szczęście nie karmi), zwierzęta traktują ludzi jako część naturalnego świata.

Tu się długo nie śpi. W Danum o świcie budzi mnie gibon śpiewający w konarach. Parę minut później kolejne gatunki przekrzykują się nawzajem: ptaki, cykady, inne małpy. W tym lemury, które o swojej wędrówce komunikują trzaskiem gałęzi.

Spacer o tej porze dostarcza niezapomnianych wrażeń. Wdrapuję się na wieżę, na której zainstalowano baniak z wodą. Widok koron drzew przebijających się przez mgłę skąpaną w pomarańczowych promieniach wschodzącego słońca zapiera mi dech w piersiach. Arie ptaków przecinają powietrze. To dla nich zjeżdżają tu ornitolodzy z całego świata.

Jeden z napotkanych strażników wskazuje na gałęzie, obiecując widok jakiegoś rzadko spotykanego gatunku. Dla mnie wszystkie są rzadkie, dotychczas nie widziałem żadnego z nich.

Kontynuuję samodzielnie spacer i zamieram w bezruchu. Parę metrów przede mną siedzi sobie jak gdyby nigdy nic para dzioborożców. To mnie mentalnie nokautuje. Pozwalają się obejść dookoła, zrobić kilkadziesiąt zdjęć, a gdy nadużywam ich cierpliwości, odlatują parędziesiąt metrów dalej. Zaczynają pielęgnować wzajemnie swoje pióra. Tyle gracji w dziobie takich rozmiarów… Znów pozwalają mi niemal beztrosko pstrykać kolejne zdjęcia. Odwracam się, ruszam dalej. Spotykam grupę azjatyckich turystów. Kładę palec wskazujący na usta i tylko pokazuję im kierunek. Kiwają w podziękowaniu głową i po cichu ruszają w stronę ptaków.

I jeszcze, żeby wrażeń nie było za mało, obskakują mnie miniaturowe modliszki. Obskakują i tyle.

Wieczorem spotykam parę osób gapiących się na drzewo. Orangutanicy z młodym nie widzę, ale słyszę jak łamie gałęzie, ucząc młode budować gniazdo w koronie drzewa. Co noc w innym miejscu.

Niestety, nie ma teraz słoni karłowatych w okolicy. Poszły sobie. Chęć spotkania ich oraz zobaczenia innej (bardzo pięknej części lasu) skłania mnie do długiej wycieczki. Pokonawszy główną drogą ok. 10 km wychodzę przez bramę wjazdową poza teren rezerwatu. Godzinę później przyjeżdżają strażnicy nakazując mi powrót do rezerwatu. Po raz pierwszy słyszę, że rezerwatu przyrody nie można opuszczać. Myślałem, że jest odwrotnie. Moje tłumaczenia vs. ich tłumaczenia brzmią jak pojedynek na najbardziej absurdalne argumenty. Np. że przecież słoń mógł mnie zaatakować. A w rezerwacie to nie mógł? Ostatecznie zgadzam się na podwózkę do granic rezerwatu. Po paru dniach dostaję e-mail od jego władz, w którym informują mnie, że zastanawiali się czy nie wezwać policji i nie poinformować polskiej ambasady o moim zachowaniu. W odpowiedzi pytam, dlaczego serwują dzieciom na śniadanie smażone potrawy i węglowodany proste.

Trzeciej nocy już nie jestem sam. Na kemping dojeżdżają dwie Europejki. Opowiadam im o cywetach. Są podekscytowane, chcą je zobaczyć. Idą spać. Oj, to tak nie działa. Na drugi dzień pokazuję im, co cyweta zrobiła z ich śmieciami. Od dziś  również wieszają worek pod dachem. Kolejnej nocy czatują. Chcą zobaczyć cywetę z bliska, na żywo, po ciemku, w środku dziewiczego borneańskiego lasu deszczowego. Ta jednak niczego nie obiecywała. Żadnych cyklicznych kradzieży śmieci. Dziewczyny się poddają, ale proszą o ewentualne budzenie. Gdy słyszę harmider, tak czynię. Wylatują spod moskitiery z latarkami. Cyweta jest już za ogrodzeniem, wspina się po drzewie. Zupełnie inny gatunek niż w poprzednich dniach. Jest mniejsza i cała czarna. Obserwuje nas. Nic jej nie grozi. Nikt nie zamknie jej w klatce. Nikt nie będzie jej tuczył owocami kawowca, by wydaliła je sfermentowane, przysługując się tym samym do produkcji najbardziej snobistycznego napoju świata zwanego kopi luwak. Szczęśliwy z kolejnego unikatowego spotkania wracam na kojo i zasypiam.

Uwaga, planuję kolejną wyprawę do dżungli, szczegóły będą tutaj.

Cena noclegu 1 osoby w pokoju 2-os.: od 100 zł*

Zalecana długość pobytu: 4-7 dni

Najlepszy okres: marzec, kwiecień, maj, lipiec, sierpień

Transport: bus z Lahad Datu

Polecane filmy: Spotkanie z orangutanami

Więcej: informacje MSZ, Wikitravel

* minimalna ocena 7 na 10


Czy słyszałeś/aś o JOMO?

Joy of Missing Out - to radość z odłączenia, a więc bez Internetu.

Właśnie w takim charakterze organizuję krótkie obozy w domkach w lesie. A do tego bez dymu papierosowego. W rodzinnej atmosferze podróżników. W programie poszukiwanie skarbu oraz warsztaty z oddychania, masaży, jogi, akrojogi, medytacji, ziołolecznictwa, śpiewu wielogłosem, a także mantry rockowe, muzykowanie i inne. Sprawdź.