Parkomat

Opowiadania / Parkomat

 

Moją uwagę zwrócił mężczyzna w odblaskowej kamizelce. Nieświadomy sprzymierzeńca. Szedł powoli, obserwował samochody. Zatrzymał się o jeden samochód wcześniej przed moim. Zaczął mu robić zdjęcia i wpisywać coś na urządzeniu, które trzymał w ręce. Wydrukował kwitek i włożył za wycieraczkę, po czym podszedł do mojego samochodu. Zajrzał za przednią szybę i ruszył dalej, po przejściu dwóch metrów odwrócił się i zaczął robić zdjęcia. Wydrukował kwitek, włożył za wycieraczkę i podszedł do kolejnego auta. Zabrałem wezwanie zza wycieraczki, wsiadłem do środka i ruszyłem na Osiedle Piastów. Jeszcze nigdy otrzymaniu kary nie towarzyszyła taka satysfakcja.

Dochodziła jedenasta, gdy dotarłem na miejsce, niedługo zadzwonią do pokoju przypomnieć, że należy się wymeldować. Kilka może, kilkanaście minut później ktoś przyjdzie pod drzwi. Zapuka, zapyta i użyje duplikatu albo uniwersalnej karty. Kilkadziesiąt sekund później, maksymalnie dwie minuty, policja będzie poinformowana o wypadku. Przyjadą w ciągu pięciu minut. W ciągu kolejnych kilkunastu minut moja tożsamość zostanie przekazana wszystkim patrolom. Czyli dawało mi to dodatkowo jakieś trzydzieści minut od pierwszego telefonu z recepcji do pokoju.

Pomyślałem, że zadzwonię z prośbą o późniejsze wykwaterowanie. Po chwili jednak uświadomiłem sobie, że to dość głupie, a ja wyszedłbym na brakujące ogniwo między małpą a człowiekiem.

Wsiadłem w 159 i pojechałem na ulicę Nawojki. Niedaleko, przy Reymonta 20 mieściło się Biuro Strefy Płatnego Parkowania. W środku zwróciła moją uwagę kobieta siedząca za szybą, plasująca się między 40. a 50. rokiem życia. Skromnie pomalowana, włosy długości rękawic bramkarskich grzecznie zaczesane do tyłu. Bursztynowy blond. Gdy jedyny jej klient odszedł od okienka, powitałem ją szerokim uśmiechem, staranną sekwencją „dzień dobry” i wezwaniem do opłaty dodatkowej położonym przed nią na blacie. Pani zapytała czy płacę kartą czy gotówką, a ja zapytałem, jak jej będzie wygodniej. Rozbawiło ją to.

Miałem wrażenie, że odebrała mnie pozytywnie, często odpowiadała uśmiechem na mój uśmiech. Choć ludzie mają to do siebie, że potrafią się wiarygodnie uśmiechać niezależnie od emocji, to jednak nie posądzałem o takie zawodowstwo pracownika Strefy Płatnego Parkowania. Zapłaciłem i pożegnałem się uprzejmie.




Wróciłem na Karmelicką do mieszkania Olka. Sprawdziłem na jego komputerze serwisy. Dalej nic. Zacząłem rozmyślać już nie tyle o szansach na wybronienie się przed oskarżeniem, co o ucieczce z kraju. Co nóż to nowym pomysłom towarzyszyła ekscytacja, tak jakby czekała mnie jakaś wspaniała  przygoda. Chciałem sprawdzić listę krajów, z którymi mamy umowę ekstradycyjną. Liczyłem, że nie będzie na niej Brazylii. Pomyślałem też o Tajlandii, ale tam jest za dużo turystów z Polski. To byłoby ryzykowne.

Więc Brazylia (mimo dwumilionowej Polonii) albo jakiś inny kraj latynoamerykański. Za oszczędności kupiłbym albo postawił od zera budkę z piwem na jakiejś ładnej plaży pod palmami. Żyć skromnie, beztrosko, na bosaka. Powiesiłbym obok hamak i odpoczywałbym patrząc na lazurowe albo turkusowe morze. W kolorach byłem słaby. Uczyłbym się portugalskiego w rozmowach z wyluzowanymi klientami, tańczył z nimi przy ognisku na plaży, może poznał nawet jakąś latynoską piękność…

Ale… przecież musiałem się liczyć z faktem, że już nigdy nie wrócę nie tylko do Polski, ale nawet Europy. I nie zobaczę nikogo ze swoich bliskich, co gorsza, nawet nie będę mógł z nimi korespondować… Durne pytanie „dlaczego ja” w końcu dopadło i mnie. Ekscytacja przeszła w przygnębienie. Zanim przemyślenia skonsumowałyby resztę dnia, zabrałem się za posiłek. Uwaliwszy Olkowy stół, zjadłem kilka owoców i wyszedłem z mieszkania. Pojechałem na Błonia. Koło wejścia do Parku Jordana można kupić lody. Wcale nie zdziwiło mnie, że w połowie października wybór lodów był nie mniejszy niż latem. Wziąłem waniliowo-czekoladowe i sporo serwetek, które schowałem do kieszeni.

Przeszedłem przez park kierując się do północnego ogrodzenia z widokiem na stadion. Zacząłem nabierać wprawy w opieraniu się. Tym razem o drzewo. Dochodziła 18.05. Ruszyłem w stronę ulicy Reymonta. Przyśpieszyłem kroku, minąłem bramkę, skręciłem w lewo zapatrzony na auta zaparkowane przy ulicy i potrąciłem wychodzącą zza rogu kobietę, lody wypadły mi z dłoni i babrając jej kremowy płaszcz wylądowały na chodniku.

- Przepraszam panią bardzo! Przepraszam! – zacząłem nerwowo szukać serwetek. Wyciągnąłem je i zacząłem czyścić płaszcz. Popatrzyłem na jej twarz i niemal entuzjastycznie tym razem powiedziałem:

- A to pani! Przepraszam, przepraszam bardzo! Czy mogę w ramach rehabilitacji zaprosić panią na kawę?

Naucz się zarabiać przez Internet i spędź zimę w tropikach!

Była wyraźnie zmieszana tą sytuacją, ale chyba faktycznie zdążyła obdarzyć mnie sympatią, gdy poznaliśmy się pół kilometra wcześniej, bo przyjęła moje zaproszenie.

- Co to za pomysł, żeby w październiku jeść lody? – zapytała żartem.

- A co to za pomysł, żeby w październiku włóczyć się w jasnym płaszczu?

Podekscytowany sprawną realizacją scenariusza wracałem zatem do lodziarni, tym razem na kawę i nie sam. Rozmowa toczyła się płynnie. Takie tam szablonowe pytania i uprzejmości. Teresa miała jakieś 43 lata i chyba cieszyło ją zainteresowanie młodszego mężczyzny. Wymieniliśmy się numerami telefonów, odprowadziłem ją na tramwaj. Adios.

Każdej kolejnej godziny chodziłem coraz bardziej anonimowo, z pochyloną głową. Wpatrzony w chodnik. Gotowy do zerwania się do ucieczki. W mieszkaniu położyłem się na łóżku i wpatrywałem w sufit. W rogu było pęknięcie. Ciekawe czy się pogłębia? Edisonowska żarówka – obecnie najmniejszy grzejnik dostępny w Unii Europejskiej - waliła po oczach, a ja zastanawiałem się, jak długo będzie jeszcze świecić. Czy za 100 lat w Europie będą jeszcze takie żarówki? Czy w końcu zaczną kolorować tzw. ekologiczne żarówki, żeby świeciły cieplejszą barwą? Światło odbite od Ziemi już dawno temu opuściło Drogę Mleczną, czy ktoś nas zobaczył? Tematami zastępczymi próbowałem oderwać się od problemu, który zaprzątał mój umysł. Zasnąłem dopiero, gdy zaczynało świtać.

 

Kod na Ubera

Obudziłem się koło 10.00 i pomyślałem o Nikoli, mieliśmy się dziś spotkać, a ja dla bezpieczeństwa nie tylko nie mogłem iść, ale nawet nie mogłem odwołać spotkania. Ciekawe jak długo będzie stać pod bramą Ogrodu Botanicznego. Swoją drogą był to ostatni tydzień jego funkcjonowania. Ledwie liście się zażółciły, a oni go zamykają. Bo zima. Coś na kształt skandalu.



Sprawdź jak rezerwować hotele na Booking.com nawet 10% taniej oraz jak kupować bilety lotnicze nawet 2% taniej.

Myślałem po raz setny o moim planie, o jego mocnych i słabych stronach, testowałem różne hipotetyczne scenariusze rozwoju sytuacji, i wciąż miałem nadzieję, że zwycięży pomyślny układ. Na przemyśleniach i skromnym jedzeniu spędziłem kolejne kwadranse. Po 11.00 zadzwoniłem do Teresy, prosząc o krótkie spotkanie. Miała na popołudnie, więc dobrze się składało. O 12.30 spotkaliśmy się w Strefie przy Dolnych Młynów. Uwielbiałem ich bakłażanowy humus.

- No powiedz, o co chodzi, czemu jesteś taki tajemniczy? – pytała z nutą ekscytacji.

- Głupio mi tak ciebie prosić o pomoc, krótko się znamy, wiem. Ale możliwe, że to będzie dla Ciebie drobnostka, a jak nie to powiedz…

- No mów o co chodzi!

- Mam problem ze swoją kobietą… - mówiąc to wypatrywałem rozczarowania, które mogłoby utrudnić sprawę, wszak może wolała znać singla.

– Nie wiem, czy mogę jej ufać – kontynuowałem. - No na przykład przedwczoraj mówiła, że idzie do kosmetyczki, ale jak wyszła po 18.00, tak wróciła po 21.00. Czy można tak długo i późno być u kosmetyczki? Może i tak, ale nie chciałem jej dopytywać, nie chcę jej rozczarować, gdyby jednak okazało się, że moje obawy są bezpodstawne…

Teresa słuchała ze zrozumieniem, ale czy empatią? Zaczynałem się denerwować, czy zechce mi pomóc. Kontynuowałem:

- No wiesz, jeśli była u kosmetyczki przed 20.00, to musiała wykupić bilet parkingowy…

- Ok – odpowiedziała uśmiechając się – jeśli zapłaciła kartą albo poprzez aplikację, to będzie wszystko jasne – ani cienia zazdrości, emanujące dobro, byłem wdzięczny światu za Teresę.

- Ale musiałbyś sprawdzić kody pobliskich parkomatów...

Wyciągnąłem z kieszeni kwitek opłaty parkingowej, którą uiściłem z rana dzień wcześniej.

Często zdarza się tak, że z przyczyn losowych ludzie rezygnują z wykupionych wczasów, odsprzedając je po atrakcyjnej cenie. Tutaj znajdziesz takie oferty.

- K-113 – odczytała i zobaczyłem w grymasie jej twarzy lekkie zdziwienie.

- A jak się ona nazywa?

- Anna Kurowska.

- I mam sprawdzić wpłaty między 19.00 a 20.00?

- Między 18.30 a 19.30 – odpowiedziałem, bo przecież zabójczyni mogła zaparkować tam wcześniej…

- To zadzwoń do mnie po pracy, po 20.00, to ci powiem, czy jest w ewidencji.

Porozmawialiśmy jeszcze chwilę, po czym odprowadziłem ją do bramy i szybkim krokiem oddaliłem się. Tym razem na mapie emocji tuż obok strachu i nadziei pojawiła się wyraźnie ekscytacja. Poszedłem do Olka, była 13:10, a minuty upływały niczym godziny. Studiowałem nieruchomo nierówności stołu, zmienny profil refleksów lakieru. Otarcia, plamy, kropki. Gdyby ktoś podmienił Olkowi stół, pierwszy bym to zauważył. Około 14:20 Teresa sama do mnie zadzwoniła.

- Piotrek, przykro mi, ale nie ma żadnej Anny, ani żadnej Kurowskiej…

Kurowska to była tylko podpucha, bo przecież nie miałem pojęcia jak się Anna faktycznie nazywa, ale chciałem tylko naprowadzić Teresę na poszukiwanie kobiety. Moja ostatnia deska ratunku tonęła w oceanie bezradności. Cicha nadzieja, że Anna zapłaciła kartą i akurat na Orzeszkowej podtrzymywała mnie aż do teraz na duchu.

- W tych godzinach były tylko dwie płatności kartą dokonane przez kobiety – kontynuowała po chwili Teresa. – Jedna, to Agnieszka, druga - jakieś zagraniczne nazwisko…

- Tak? – zapytałem od razu, starając się ukryć podniecenie – a co to za zagraniczne nazwisko?
 

1 - 2 - 3 - 4 - 5 - 6



promocje na hotele