Dlaczego nie warto oszczędzać na ubezpieczeniu?

Wiatr we włosach (na nogach), migające obrazki z lewej i prawej, okrzyki pozdrawiających dzieciaków. No i świst reklamówki z zakupionymi przed chwilą truskawkami. Nagle skuter łapie pobocze. Zbyt wyboiste, nawet jak na umiarkowaną prędkość. Ląduję na ziemi. Nie pamiętam jak dokładnie do tego dochodzi. Czuję tylko, że nie mogę nabrać powietrza. Próbuję raz, drugi, trzeci. Tak jakby ktoś opasał i mocno ścisnął drutem moje żebra uniemożliwiając mi wdech. W końcu na przekór świdrującemu bólowi zaciągam pierwsze drobiny powietrza. Leżę na prawym boku z bólem żeber i ręki uniemożliwiającymi powstanie. Ktoś z dużą dozą empatii odwrotnie proporcjonalnej do wiedzy ratunkowej ciągnie mnie do góry. Pewnie po to, żebym już tak sobie nie leżał bez sensu. Krzyczę. Krzyk jest międzynarodowym komunikatem. „Ratownik” odpuszcza.

złamany obojczyk

Zaczynam wątpić, że z takim bólem będę mógł jechać dalej. Po chwili łapię pion. Ból ramienia jest dla mnie jakościowo nowy, również pod względem intensywności. Obawiam się, że sobie połamałem jakieś kości. Żebra, rękę. Głowa cała, fanatyzm kaskowy czasem działa. Ale z plantacji nerkowców nici. Ktoś proponuje, że zawiezie mnie do lekarza. Nie protestuję. Jedna paczka truskawek ma się dobrze. Druga to już bardziej sok truskawkowy niż truskawki. I nie wiedziałem, że można tak spłaszczyć ananasa. Zostawiam je.

Wciąż myślę o żebrach i ręce, ale lekarz zaskakuje mnie spostrzeżeniem, że nie widzi mojego obojczyka. Czyżby? Nie wiem, nie czuję, a z bólu nie mogę przekręcić głowy. Sugeruje, żebym jechał do szpitala. Pytam o najlepszy na tej wyspie. To trochę tak jakby pytać o najlepszy ośrodek zdrowia w Pcimiu. No to może po sąsiedzku na Bali? Tutaj nawet Australijczycy przylatują się leczyć. Dzwonię do ubezpieczyciela. Słyszę słuszne pytania. Gdzie jestem, co się stało. No i tu niespodzianka. Świetnie pamiętam obrazy miejsc, skąd, dokąd, po co. Ale nazw już nie. Nawet nie jestem do końca pewny czy Lombokiem jest Lombokiem.

Chciałbym powiedzieć, że po chwili tniemy karetką przez dżunglę. Ale formalności zajmą jeszcze godzinę. W tym czasie jemy z pielęgniarzem truskawki. Ostatecznie placówka wycofuje się z umowy, bo nigdy nie rozliczała się z żadnym ubezpieczycielem. A więc za pierwszą pomoc i 100-kilometrowy transport muszę zapłacić najpierw sam i starać się o refundację. Wychodzi mniej więcej równowartość 125 litrów benzyny.




Ekipa pokazuje mi nosze. Czy wyglądam na kalekę? Siadam z przodu i pytam czy możemy włączyć syrenę. Od razu poprawia mi się humor, nawet, gdy w dżungli kierowca mówi, że musi ją wyłączyć. Słusznie. W przecinanych przez nas miastach też nie ma sensu. Skutery i auta częściej zajeżdżają nam drogę niż ustępują. Po dwóch godzinach jesteśmy w szpitalu.

I teraz najważniejsze, telefon od ubezpieczyciela: Panie Bartłomieju, proszę się nie martwić, wszystkim się zajmiemy. Zaraz pojedzie pan karetką do szpitala, gdzie obejrzy Pana ortopeda, poinformujemy Pana, co dalej i pokryjemy koszty leczenia.

Szybki rentgen i selfie z panią od aparatury. Złamany obojczyk z przemieszczeniem, łopatka i głowa kości ramieniowej. Wyrok głosi, że trzeba operować. No to trzeba zgody ubezpieczyciela. Pielęgniarka przynosi mi dokumenty po angielsku, podpisuję. Jest już północ. O ósmej operacja. Więc ukojony środkiem przeciwbólowym w kroplówce zasypiam.

I teraz najważniejsze: „Panie Bartłomieju, proszę się nie martwić…” – gówno prawda. Nikt do mnie nie dzwoni, a szpital skarży się, że nie ma zgody od ubezpieczyciela na leczenie. Więc ja dzwonię, po coś w końcu mam drugą rękę. Dowiaduję się, że brakuje jakiegoś dokumentu ze strony szpitala i że w recepcji nie mówią po angielsku. Proszę personel szpitalny o interwencję. Godzinę później nadal nie ma zgody. Dzwonię. Dzwoni również zaprzyjaźniona prawniczka. Tym razem brakuje innego papierka. Ubezpieczyciel obwinia szpital. Zastanawiam się, czy intencją prywatnego szpitala jest doprowadzić do leczenia oraz zarobić pieniądze, czy też olać sprawę? No właśnie. A może ubezpieczyciel chętnie wykorzysta każdą lukę, drobnostkę, dwuznaczność, niezrozumienie, aby nie ponieść kosztów…

W tzw. międzyczasie lekarka sugeruje kroplówkę. Że podadzą mi środek przeciwbólowy. No, w sumie znudził mi się już ten ból. Ale nie chcę kroplówki, tylko zastrzyk. Negocjacje trwają. Ostatecznie godzę się na kroplówkę. Pielęgniarz wbija, a w zasadzie pcha igłę w moją żyłę. Doznanie tak wyraźne, że aż nie czuję już bólu ręki. Po paru sekundach zniechęcony oporem materii albo moim sykiem stwierdza, że spróbuje z inną żyłą. I mniejszą igłą.

Pół godziny później w niemniejszych bólach czytam skład torebki podłączonej do kroplówki. Woda mineralna. W sumie nawet jakby miała uśmierzyć ból, to nie dałaby rady, bo kroplówkę wbrew nazwie nawet kropli nie roni. Na szczęście przy łóżku mam guzik, do którego sięgam zdrową ręką. Po chwili przychodzi pielęgniarka. Zna angielski bardzo dobrze. „Yes” i „no” świetnie opanowane. Wyjmuje igłę z kaniuli dożylnej, zwanej wenflonem. Krew tryska na podłogę. Po chwili wkłada igłę z powrotem. W rurce zaczyna kapać. Zwycięstwo. Pielęgniarka z tarczą wychodzi z pokoju. A krew? Na pewno posprzątają. Po 30 minutach myślę, że zapomnieli. Używam magicznego guzika. Ciemnoczerwone plamy nie współpracują ze szmatką. Zaschły. Tutaj przyda się pani sprzątająca. Przybywa. I po chwili sala jest znów sterylna. Nawet mimo braku mydła w łazience.

Naucz się zarabiać przez Internet i spędź zimę w tropikach!

Dzwonię do ubezpieczyciela, pytam o możliwość hospitalizacji na Bali. Ale transport we własnym zakresie, za leczenie też muszę zapłacić, ale mam szansę na zwrot pieniędzy. Decyduję się zostać, ale to i tak nie wszystko. W kolejnej turze mam oddzwonić jak czegoś tam się znowu dowiem od personelu szpitalnego. Fajnie mieć zajęcie, wtedy człowiek rzadziej myśli o bólu. Może jak się sprawdzę, to ubezpieczyciel zatrudni mnie jako przedstawiciela na Indonezję albo chociaż tłumacza.

Pytam o imię pani z Polski, do której mam odzwonić. I tutaj odkrywam znaczenie pamięci krótkotrwałej. Mimo, że powtarzam na głos imię „Justyna”, po chwili już go nie pamiętam. Czuję się zażenowany, że muszę znów ją o to pytać. I tak parę razy. W końcu przypominam sobie, że znam co najmniej jedną Justynę. Np. tę z zakładu optycznego w Mszanie Dolnej. Myślę intensywnie o zakładzie optycznym. Pół godziny później wiem, że mam oddzwonić do kobiety o tym samym imieniu co pracownica zakładu optycznego. Ok, tylko która, bo pracują tam trzy?

Formalności mnożą się w nieskończoność. W nagrodę, że nie znam indonezyjskiego, muszę czekać na lekarkę. Ta po angielsku prosi, żebym szedł spać, że wszystko załatwione. 8 rano operacja. Patrzę na odpadający tynk na ścianie i postanawiam, że po rozmowie z chirurgiem podejmę decyzję, czy dam mu do siebie zajrzeć.

O ósmej rano poznaję lekarza. Rozmawiamy sobie swobodnie po angielsku. Pytam go o wykształcenie i o mój przypadek. Studiował tu i ówdzie, a złamane obojczyki, to dla niego chleb powszedni. Dobra, tnij pan.

Ale nie, chwileczkę, musimy odłożyć operację, bo ubezpieczyciel nie przysłał jeszcze zgody. Dzwonię więc i pytam, czy to taki żarcik (było krótko po prima aprilis). Słyszę, że tym razem ja czegoś nie podpisałem. To fajnie, że mówicie mi teraz. Z innych żartów: przychodzi pielęgniarka i mówi, że ubezpieczyciel zażyczył sobie, abym wracał do Polski.

Oświadczenie dla ubezpieczyciela? Dyktuję pielęgniarce po angielsku treść, choć równie dobrze mógłbym dyktować po polsku. Poznajemy wspólnie wymowę liter. Dziesięć minut później oświadczenie gotowe. Robię zdjęcie. Wysyłam.

Z kolei szpital podsuwa mi jakieś papiery po indonezyjsku. Parę stron. Pytam: co to? A że zgoda na operację. No to pod indonezyjską litanią piszę po angielsku, że zgadzam się na operację. Pielęgniarki dębieją. Przejdzie? Tak.



Sprawdź jak rezerwować hotele na Booking.com nawet 10% taniej oraz jak kupować bilety lotnicze nawet 2% taniej.

O 13:00 zgarniają mnie na salę operacyjną. Nie ma żartów. Ubezpieczyciel szlachetnie wyraził zgodę na operację.

Przed salą operacyjną robi się czyściej. To nic, że pielęgniarz kicha.

Gdy się budzę lekarz pokazuje mi nowe zdjęcie rentgenowskie, a tam terminator. No to się nie zrozumieliśmy, myślałem, że złożą mi kości i tyle. Czuję, że ubezpieczyciela też nie informowali o tej niespodziance. Ruszam na recepcję, nagle dwie recepcjonistki rozmnażają się przez pączkowanie i po chwili zabawiam żartami tłum dziewcząt. Wykorzystując ogólny entuzjazm pytam czy mogę zobaczyć swój paszport. Pani przynosi. Mówię, że to własność państwa polskiego i że nie może leżeć bez zgody w obcym szpitalu. Panie są skonsternowane, ale po chwili odwracam ich uwagę żartami. Jakaś randka ma być czy coś. Żegnam się i wracam do pokoju.

Następnego dnia dostaję zgodę od lekarza na wymeldowanie. Nie spiesząc się zamawiam kolejne posiłki na koszt ubezpieczyciela. Lekarz twierdzi, że przyda mi się wapń z nabiału, więc jem jogurty. W końcu schodzę na dół i pytam czy mam coś podpisać, a oni, że nie mają potwierdzenia ubezpieczyciela na ostateczne koszty. 24 godziny po operacji.

Spoglądam na rachunek. Musiało być sporo niespodzianek, bo cena urosła dwukrotnie, do 49 mln rupii indonezyjskich, czyli ponad  12 tys. zł. Szkoda, że mnie nie uprzedzili, że ubezpieczyciel niespodziewanie milczy. Mówię, że mogę poczekać jeszcze kwadrans. I nic. Wychodzę ze szpitala, pod którym czeka kierowca Graba. Wchodzę do auta, a do samochodu podchodzi ochroniarz. Krótka wymiana zdań. Nie pojedziemy. Czekamy. Jest małe poruszenie. Negocjacje przez szybę samochodu. Że nie ma zgody ubezpieczyciela i żebym wysiadł. Takiego. Między personelem pada hasło: paszport. Patrzą po sobie zakłopotani.

Oczywiście wykonuję też telefon do mojego ulubionego ubezpieczyciela. Po 20 minutach jest zgoda. Wio.

W okresie od wypadku do wyjazdu ze szpitala wykonałem około 20 połączeń do ubezpieczyciela. Warto dodać, że numer telefonu podany na polisie nie był prawidłowy. Oprócz mnie dzwoniła także zaprzyjaźniona prawniczka. Naliczyłem się około jednego połączenia zwrotnego od ubezpieczyciela. I sporo maili, sprytnie.

Tydzień po operacji proszę o kopię rachunku za wizytę w szpitalu. Pani odpisuje, że to jest ich tajemnica (sic!), natomiast oni czekają na moje kopie biletów lotniczych, o które prosili parę razy. Pytam, po co im moje bilety i proszę o kopie maili, w których poprzednio o nie pytano. Nigdy nie odpisano mi na tę wiadomość.

Informuję ubezpieczyciela, że opiszę całą sytuację, zadaję parę pytań, np. dlaczego nalegają, abym leczył się w szpitalu, w którym nie przestrzega się zasad higieny. Dowiaduję się, że jestem „otoczony właściwą opieką medyczną, zgodną z lokalnymi standardami”. Gdyby lokalnym standardem były tańce i modły wokół ogniska, to rozumiem, że ubezpieczyciel zaaprobowałby leczenie i pokrył koszty drewna.

Na moje spostrzeżenia dotyczące jakości obsługi otrzymałem z kolei odpowiedź: „Czy posiada Pan kwalifikacje medyczne i znajomość lokalnego rynku usług medycznych oraz przepisów prawa, które pozwalają Panu na ocenę kompetencji personelu szpitalnego ?”. A więc żeby ocenić fakt, czy ktoś potrafi mi wbić igłę w żyłę, czy ból jest bólem, czy też urojeniem, oraz czy kroplówka podaje płyn i w końcu czy jest brudno, czy czysto, trzeba mieć studia medyczne. Z tym urojeniem to na pewno racja.
 

 

 

Nie wybrałem najtańszego ubezpieczenia. Wybrałem drugie najtańsze ubezpieczenie. W tym przypadku była to firma I., ale myślę, że dziś I., a jutro Krzak. Może ta sama, ale pod inną nazwą. Albo zupełnie inna, która będzie chciała przyciągnąć ceną, co wymusi na niej radykalne cięcie kosztów. Zasada odrzucania najtańszego ubezpieczenia może być dobrą, uniwersalną regułą, ale może to powinna być zasada odrzucania trzech najtańszych ofert albo wybieranie średniej rynkowej, oczywiście podpartej analizą opinii? Albo po prostu uczcie się języków. Dopóki jednak leczymy tylko przeziębienie, nie robi to różnicy.

Z punktu widzenia logiki w biznesie, gdzie ubezpieczenie podróżne na 3 miesiące kosztujące 250 zł, musi być jakaś magia albo działanie na szkodę firmy. Dlatego ubezpieczyciel zrobi wiele, aby formalnie odrzucić prośbę o pokrycie kosztów leczenia lub je zminimalizować. Oczywiście jest też coś takiego jak dobry smak, ale w zadaniach matematycznych, nie ma znaczenia.

Bardzo dziękuję mecenas Katarzynie Lechowicz za pomoc w kontaktach z ubezpieczycielem oraz wszystkie osoby, które w kolejnych dniach pomogły mi w dalszej podróży, zwłaszcza prof. Jackowi, płk. Robertowi, Grześkowi i Patrykowi. Tylko tych truskawek szkoda.



promocje na hotele