Jezioro Lyantonde

Zobacz goryle z bliska w Ugandzie!


Spotkanie z polskim szamanem w Ugandzie

Pozostałością po krainie wulkanów są jeziora powstałe w kraterach, gęsto rozsiane w ugandyjskim dystrykcie Kabarole. Ich głębokość przekracza czasem nawet dwieście metrów. Leżą przy granicy parku narodowego Kibale, słynnego z szympansów. Większość z nich otulona jest resztkami tropikalnego lasu wypartego przez plantacje bananowców. Prawie każde jezioro ma jakiś hotelik czy pensjonat.

Pierwszego dnia trafiam do Bushpig w miejscowości Rweetera, niedrogiego hotelu położonego nad stromym brzegiem jeziora Nyabikere. Przybywam krótko przed zachodem słońca, które za chwilę rozegra swój złotawy spektakl dokładnie po drugiej stronie jeziora między niskimi pagórkami na pierwszym planie, naszpikowanymi egzotycznymi drzewami oraz wystającymi ponad nimi wierzchołkami potężnych, bo sięgających pięciu tysięcy metrów ośnieżonych szczytów Ruwenzori. By obraz ten nie był zbyt mało bajkowy, między tarasem restauracji, jak i przed tarasami pokojów rosną tropikalne drzewa. To również pierwszy hotel, w którym zamiast ostrego białego światła zainstalowano żarówki z ciepłym żółtym światłem bliższym temu, do czego przyzwyczaiło nas słońce.

Jezioro Nyabikere

Z ulgą odkrywam, że ani się tu nie pali plastiku, ani nie ma komarów. Wysokość około 1450 metrów nad poziomem morza czyni dni umiarkowanie gorące, a noce wręcz lekko chłodne. Trochę za chłodne dla tropikalnych komarów. Są za to liczne populacje żab. Po zapadnięciu zmroku najdobitniej o swojej obecności oznajmiają dwucentymetrowe żabki zwyczajne. Ich samce siedzą nieruchomo w orientacji pionowej na drzewach i krzewach, i wabią samice wydając pulsujące wysokie dźwięki, układające się w telegraficzne świdrujące uszy sekwencje. Żeby tego nie było mało, słyszę też wystrzały fajerwerków.

Obrona przed słoniami

Pracownik hotelu, Andrew pyta mnie na drugi dzień, czy słyszałem w nocy wystrzały. Okazuje się, że to nie były sztuczne ognie. Strażnicy Parku Narodowego Kibale strzelali w powietrze z broni palnej, gdy słonie chciały przekroczyć granicę parku, co miało je zawrócić. Zwierzęta nie znają granic. Ale jeśli je przekroczą, staną się śmiertelnym zagrożeniem dla miejscowej ludności, w najlepszym razie tylko zniszczą im uprawy.

Dziesięć kilometrów stąd leży jezioro Nyantonde. Pocztówkowe widoki serwuje tu jakieś pięćdziesiąt metrów nad lustrem wody luksusowa loża Papaya, postawiona osiem lat temu przez dwójkę Polaków, Magdę i Sebastiana. Gdy rozmawiam z Magdą, trudno mi oderwać wzrok zarówno od staranie zaaranżowanego wnętrza, jak i widoku na balkon, las i jezioro, skąpane w ciepłym świetle popołudniowego słońca.

Loża Papaya nad jeziorem Lyantonde

Magda opowiada o życiu i pracy na prowincji w Afryce, codziennych wyzwaniach, również tych związanych z pomocą społecznością, a przede wszystkim dzieciom. Potwierdza moje przypuszczenia, że wszelka pomoc finansowa dla Afryki nie będzie miała sensu, jeśli nie zacznie się od edukacji. Opowiada też o akcji budowania studni z pompą przez Amerykanów. Gdy urządzenie się zepsuło, okazało się, że nie można jej naprawić przy użyciu afrykańskich części.

Niechętnie natomiast dzieli się anegdotami dotyczącymi pięciogwiazdkowych gości. O co pytają w luksusowym hotelu zasnutym w egzotycznym lesie, gdzie cena noclegu wynosi sześćset dolarów, a dokąd często przyjeżdżają tylko na jedną, dwie noce po lub przed obserwacją szympansów w parku Kibale? Oczywiście – o dostęp do Internetu.

Polski szaman

Internetu z WiFi nie doświadczą za to goście innego Polaka, który w 2008 roku postawił swój dom nad jeziorem Lyantonde, z czasem dobudowując też parę domków dla gości. Jednak jak mówi nie potrzebuje rozgłosu ani turystów, bo nie biznesy mu w głowie.

Uganda od A do Ź

Zapraszam do porad i ciekawostek dotyczących podróżowania po tym kraju w tekście Uganda od A do Ź

Jacek (imię zmienione) wita mnie w turbanie na głowie i żółtych spodniach rozerwanych na kolanie. Za takie rzeczy płaci się słono w sklepach, albo osiąga ciężką pracą przy rzadkiej rotacji ubrań. Właśnie skończył się kąpać po remoncie dachu. Rozglądając się dookoła odnoszę wrażenie, że trafiłem w środek generalnego remontu albo konkursu na bajzel roku.

Potrzebuje jeszcze chwili dla siebie, więc mówi, żebym się przespacerował. Pokazuje, gdzie zejście do jeziora oraz, gdzie mogę iść na taras widokowy. Ale tam jest parka, a właśnie podał im grzybki, więc nie wie, czy to dobry moment, żeby do nich iść, może potrzebują czasu dla siebie, po czym dodaje pytająco, że może właśnie będą chętni na socjalizację?

Te grzyby to sproszkowany muchomor czerwony. Jacek nazywa go nauczycielem, słowiańską wersją ayahuaski. Ale przywiózł go z Norwegii, gdzie znów poleci pracować na wiosnę. Wygląda na to, że woli tak zarobić niż przyjąć tu więcej gości i mieć ich na głowie. Zresztą miejsce zyskuje dzięki temu intymną atmosferę. Gdy schodzę na dół, gdzie postawił solidny, choć mały pomost otoczony zielenią zwisającą niczym baldachim, aż żałuję, że trafiłem w środek remontu, bo miejsce jest urzekające. Nic tylko zamieszkać i pisać.

Ogród szamana wypełniają ręcznie wykonane meble

Wracam na górę, mijając po drodze małe wysokie stoliki. Wyobrażam sobie, że goście sączą przy nich piwo i spoglądają na jezioro. Jacek już nie ma turbanu, wtedy doświadczam jego blond dredów w całej okazałości. Nie chce wracać do przeszłości, ale udaje mi się wyskubać pojedyncze informacje. Był przewodnikiem w Kenii, później Ugandzie. Spodobało mu się, kupił ziemię i zamieszkał. Proste.

Las, w którym jesteśmy, zasadził sam. Ponoć taka tu gleba i klimat, że wsadza się gałązkę i rośnie drzewo. Jacek buduje już drugi obiekt w okolicy. Będzie miał charakter terapeutyczny, a on będzie tam szamanem. Chce tam na przykład przeprowadzać sesje z ibogą, która już mu rośnie w ogrodzie. Jak później doczytam, pełna nazwa to iboga narkotyczna, stosowana do zwalczania uczucia głodu, zmęczenia oraz jako afrodyzjak. Może wywołać też halucynacje w postaci kontaktu ze zmarłymi. Ale Jacek opowiada mi o właściwościach pozwalających wyjść z nałogu. Zacznie od siebie.

Muchomory nie działają

Zapada zmrok. Szaman polewa jakimś płynem gałęzie, przystawia zapalniczkę i po chwili bucha ogień. Gasi ostre światła. W tle Dead Can Dance, Pink Floyd, Rodriguez. Ten Rodriguez, co to został gwiazdą nie tak daleko w RPA i o którym nakręcono poruszający dokument, a później okazało się, że mocno naciągany, bo artysta miał za sobą koncerty w Australii. Jacek ma parę bębnów, zachęca, żebym sobie pograł. Do tej muzyki, przy tym ognisku, to się wszystko dobrze klei.

Częstuje mnie ciepłym piwem. Dziękuję. Robię się trochę głodny, pytam, czy mogę odkupić od niego jakieś jedzenie. Mówi, że nie ma. Przez kilka godzin mojej wizyty nie widziałem, aby sam coś jadł. Wygląda na to, że żywi się głównie skrętami i piwem, bo prawie się z nimi nie rozstaje.

Na wystawie stoi parę słoiczków leśnego miodu. Ciekaw jestem, bo trzy miody, których dotychczas próbowałem w Ugandzie były fatalne. Podobno niektórzy smażą odpowiednio banany, które dają podobny kolor i konsystencję. Ciekaw więc jestem tego Backowego - leśnego, ponoć z wiarygodnej pasieki. Pytam o cenę, ale okazuje się, że ktoś mu je dostarczył, a nie podał ceny. Nie zapominaj – myślę – nie jesteś w Europie.

Jacek narzeka trochę na kontakty z miejscowymi. Czy będzie kiedyś anonimowy, czy też ciągle zaczepiany, pozdrawiany, pytany?

Do ogniska dołącza hiszpańska para. Jacek pyta ich o wrażenia. Miała być podróż w głąb siebie. No niby coś zaczęło się, ale jednak nic nie wyszło. Pytają, ile dostali. Trzy i siedem gramów. Może za mało…

Jest jakiś kwadrans po dwudziestej drugiej. Przyjeżdża po mnie motocyklista. Z pewnym niedosytem miejsca i historii szamana, wracam do siebie. Ten niedosyt schodzi na drugi plan, z powodu rozświetlonego w pełni księżyca, który powoli wspina się do zenitu i delikatnie oświetla okoliczne pagórki. Kiedyś wrócę.

Białe robią pranie

Rano szukam punktu widokowego na góry Ruwenzori. Mówią, że to będzie Top of the world, ale po drodze przekonuję się, że to albo ignorancja, albo ściema, żeby wypromować ten hotel, bo widzę, że widok na góry będzie zasłonięty wzgórzem z przekaźnikami komórkowymi. Zawracam i ruszam właśnie na to wzgórze. Nazywa się Kibo i faktycznie oferuje pełną panoramę pasma o długości około stu kilometrów.

Po krótkiej sesji zdjęciowej udaję się do Rezerwatu Nkuruba nad jeziorem o tej samej nazwie. Rezerwat założyli okoliczni mieszkańcy, aby ocalić kurczący się las zamieszkiwany przez gatunki małp, na czele z tak śliczną, jak i śmieszną gerezą abisyńską.

Gereza abisyńska

Jest tu też hotel. Widzę dwie białe dziewczyny robiące pranie w miskach. Przez trzy miesiące podróży widziałem w takiej akcji tylko czarne. Robin jest z Holandii, a Sanna ze Szwecji. Poznały się kiedyś w Azji, a teraz razem podróżują po Ugandzie przez trzy tygodnie wynajętym autem terenowym. Śpią w namiocie, który jest instalowany na jego dachu.

Żartuję, że może następnym razem wybierzemy się w trójkę. Nagle podrywam się z trawy i biegnę do drzewa. Właśnie śmignęła obok gereza abisyńska. Okazuje się, że hotelik leży na ich szlaku, więc cała grupa podróżuje tutaj z drzewa na drzewo, ale dwa z nich są na tyle oddalone, że skok między nimi nie jest możliwy i zazwyczaj trzymająca się koron drzew małpka tutaj skacze na ziemię i przebiega do drugiego. Daje to szansę na zrobienie dobrego zdjęcia nawet średniej fajtłapie fotograficznej, więc korzystam z sukcesem.

Jak prawie do wszystkich jezior powulkanicznych zejście jest strome. Nad samym brzegiem jest jednak wypłaszczenie, na którym postawiono pojedynczy trzyosobowy domek. Widok idylliczny. Cena na złotówki wychodzi sto pięć za noc. I nawet gorąca woda pod prysznicem, bo na górze mają prosty piecyk na drewno i gorąca woda idzie rurą na dół. Tym razem chyba się nie załapię, bo przecież tyle do eksploracji jeszcze przede mną, ale może następnym razem?

Małpy czasem kradną na plantacjach poza lasem. Choć czy słowo kradną jest właściwe, gdy w czyjejś głowie prawdopodobnie nie istnieje w ogóle pojęcie własności? A na pewno nie w odniesieniu do dostępnego naturalnie na wyciągnięcie łapki jedzenia? Niemniej zachowania małp irytują rolników. Żeby im zrekompensować straty i żeby małp nie zabijano, pozwolono mieszkańcom raz na tydzień łowić ryby w jeziorze. Są na wyginięciu.

Klient raz na tydzień

Idę dalej. Słyszę trochę rozpaczliwe gdakanie kury. Jakiś starszy na te strony mężczyzna (średnia długość życia to tylko 59 lat) trzyma kurę głową w dół i wiąże jej nogi taśmą z gumy, której druga cześć równocześnie zabezpiecza pakunek na bagażniku. Proszę, aby przytrzymał kurę i zabezpieczam pakunek związując go na końcu żeglarską reflinką. Nie rozumie po angielsku, ale po chwili mamy tłumacza.

Pan myślał, że skoro zawiązałem worek na rowerze, to znaczy, że chcę kupić kurę. Mówię, że chodzi mi tylko o mniejsze cierpienie kury. No to jak ma ją wieść – pytają? W ręce. Po chwili mężczyzna odjeżdża z kurą w ręce. Zastanawiam się czy to tak nas stałe, czy tylko taki PR.

Postanawiam jednak zahaczyć o hotel Top of the world i sprawdzić jakie widoki roztacza na jeziora. Na bramie powitanie z Ewangelii wg Św. Mateusza, 11-28: „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię.” Wstęp jedyne 5 zł, a nocleg od stu dolarów.

Widok na jezioro Nyamirima całkiem niezły, na Nyinabulitę tylko fragmentaryczny. Restauracja pusta, lemoniady brak. Ruszam dalej, szukając lepszej perspektywy. Wypijam resztkę wody z dużej butelki, zgniatam i chowam do plecaka. Obserwuje to chłopiec, który mówi:

- Daj mi moją butelkę.

Proszę o powtórzenie, a on mówi dokładnie to samo. Pytam, po co mu, ale nie odpowiada. Obawiam się, że będzie chciał ponownie napełnić ją wodą. Butelki PET nie nadają się do tego, zwłaszcza tam, gdzie jest tyle słońca, niemniej odmawiając niekoniecznie rozwiążę ten problem. Wyjmuję butelkę, chłopak ją zabiera i idzie do domu. Dwadzieścia metrów dalej mijam ogoloną na łyso dziewczynkę:

- Daj mi pieniądze.

- Daj mi wodę – odpowiadam.

Dziewczyna z pamiątkami

Napotykam na tablicę informującą o placówce badawczej Instytutu Geografii Uniwersytetu z Insbrucka. Jest email, na który wyślę później prośbę o podzielenie się wynikami badań, ale adres okaże się błędny. Obok w małym sklepiku siedzi dziewczyna, widząc moje zainteresowanie, oferuje, że mnie zaprowadzi na miejsce. Podczas dziesięciominutowego spaceru zarzucam ją pytaniami. Bella pochodzi stąd, ale uczyła się w odległej o kilka godzin jazdy Kampali, ściągnęła ją ciotka, żeby prowadziła jej sklepik z pamiątkami.

Właściciel ziemi, gdzie postawiono dom dla profesora i studentów okazuje się wujkiem Belli. Chce mnie skasować przeszło dwadzieścia pięć złotych za samo wejście do ogrodu. Udaje mi się wynegocjować darmową wejściówkę. Ogród zadbany, dom drewniany, nowy, piękny, z werandą oferującą fenomenalny widok na jezioro.

Profesor przylatuje tu ze studentami tylko dwa razy w roku i na maksymalnie dwa tygodnie. Obok pod drzewem drabina. Brakuje co drugiego strzebla, o czym informują niewyciągnięte gwoździe. Wbito je do końca, więc ich szpikulce wystają na jakieś dziesięć centymetrów.

Widok z placówki badawczej

Wracamy do sklepiku Belli. Jest mały szyld: chłodne napoje. Pytam o nie, ale okazuje się, że to tylko szyld, bo nie ma lodówki. Oglądam towary, głównie lokalne rękodzieła. Są też piłki nożne wykonane przez Bellę z łodyg bananowców. Pytam, jak często ma klientów. Mówi, że czasem przez tydzień żadnego. Ale jest luty, a sezon zaczyna się czerwcu, trwa do sierpnia, a później znowu w grudniu.


 

Zaproszenie na ceremonię

Wracam do pokoju, przed nim po ceglanym filarze wspina się niebiesko-żółta agama, ucieka, ale udaje mi się zrobić zdjęcie. Idę zamówić kolację. Okienko do wydawania posiłków szybko pozwala mi odkryć, że w kuchni mają tylko aluminiowe garnki. Ograniczam swoje zamówienia do gotowanych jajek i sałatek. Już po pierwszym dniu udaje mi się nauczyć kucharza gotowania jajek na miękko, które ten z radością mi serwuje. Sam też doświadczam czegoś nowego, bo całkiem niedawno nauczyłem się nie obierać jajek. Wystarczy przeciąć je dynamicznie nożem, aby szybko dostać się do ciepłego pysznego żółtka.

Zapada noc. W przerwie pisania idę wrzucić ziemniaki do żaru ogniska. Jak to dobrze, że ogniska są tu powszechne nawet w hotelach - myślę. Po czym łapię się na tym, że Afrykanie palili ogniska, nim Słowianie w ogóle pojawili się na mapie świata. Co więcej, ogniska nie tylko pełniły i pełnią tu funkcje gastronomiczno-integracyjne, ale są ważnym elementem różnych rytuałów i ceremonii. Zresztą na jedną z nich związaną z przejściem chłopców w dorosłość co parę dni przysyła mi zaproszenie wódz z plemienia Pokot/Kadama poznany w górach Kadam, co jest z jednej strony dla mnie nobilitujące, ale z drugiej - to już za parę dni, a jestem w zupełnie innej części Ugandy i wracając tam teraz, straciłbym prawdopodobnie sposobność spokojnego i rzetelnego poznania południowego-zachodu. I nawet do głowy mi nie przychodzi, że za rok będą kręcić film o tym, jak wyznaczam tam szlak...

Galeria