Parkomat

Opowiadania / Parkomat

 

Dwa pasy kostki brukowej otulającej asfalt. Między nimi szpara wypełniona ziemią, kurzem, strzępami petów, może jakimiś resztkami organicznymi ludzkiego pochodzenia. Później granitowy krawężnik. I znów kostka brukowa, tylko o wiele drobniejsza. I tak leżąc bez ruchu przyglądałem się krakowskim pomysłom z zakresu architektury ulicy. Spojrzałem do góry, ludzie zasłaniali mi część kamienicy. Ach, jak ja nie lubię turystów. Wyraźnie niedawno pomalowany budynek świecił dwoma odcieniami koloru piaskowego. Wyglądał okazale. Nie rozumiałem tylko po co część okien jest zamurowana. Jaka jest ich historia? Czy od początku tak było, czy też przesadzono z liczbą okien i trudno było utrzymać ciepło zimą, a więc je zamurowano? Tymczasem ludzie byli coraz bardziej nachalni.

- Nic panu nie jest?

- Zadzwonić po karetkę?

Popatrzyłem na szyld lokalu przebijający się między głowami: PUB TERAPIA GRUPOWA.

Wyzbierałem się. Spojrzałem na kierowcę skutera, chyba nic mu nie było, raczej był bardziej zatroskany moim stanem. Ale poza zadrapaniami nic mi nie było. Przynajmniej niczego nie czułem na razie. Poszedłem do swojego mieszkania. Spakowałem pospiesznie ładowarkę, ręcznik, parę kosmetyków, laptop, czekoladę, butelkę z wodą, ubranie na zmianę, paszport i parę innych drobiazgów, które wydały mi się potrzebne. Wziąłem szybki prysznic. Ogoliłem głowę jednorazową maszynką. W zasadzie dwiema. Pośpiech i brak wprawy sprawił, że pociąłem się w paru miejscach. Przykładanie papieru toaletowego, kolejny kwadrans w plecy.

Przypomniałem sobie, że mam gdzieś sztuczne wąsy. Kupiłem je kiedyś na allegro z okazji spektaklu w Bagateli, w którym grała moja koleżanka Karolina. Nie chciałem jej dekoncentrować swoją obecnością w pierwszym rzędzie, więc zastosowałem mimikrę. I nie rozpoznała mnie, za to parsknęła śmiechem na widok mojej twarzy i czarnych gęstych wąsów, gdy spotkaliśmy się po sztuce.

Znalazłem wąsy, przylepiłem, spojrzałem w lustro i zobaczyłem łysego, pokrwawionego idiotę ze sztucznymi wąsami. Miałem się zakamuflować, a nie zwracać na siebie uwagę. Zdjąłem wąsy, założyłem bejsbolówkę i wyszedłem z mieszkania.




Nie więcej jak po dwudziestu minutach byłem przed  kamienicą, w której mieszkał Olek, ukraiński kolega, od paru lat zadomowiony w Krakowie. Długo nie utrzymywałem z nim kontaktu i właśnie dlatego postanowiłem prosić go o pomoc. Przypuszczałem, że policja będzie mnie szukać najpierw u rodziny i bliskich znajomych.

Pozostawało liczyć, że mimo przerwy w kontakcie zechce mi pomóc. Nie mogłem do niego zadzwonić, bo policja pewnie szybko złożyłaby mu wizytę, więc pozostawało mi czekać. W tym czasie sprawdziłem na telefonie internetowe serwisy Dziennika Polskiego, Krakowskiej, Radia Kraków. Nic. Wszedłem na apkę Booking.com, żeby sprawdzić godziny wymeldowania z hotelu. Do jedenastej rano, czyli miałem prawdopodobnie jeszcze ponad dwanaście godzin zanim odkryją zwłoki. Chyba, że krew wyleje się na korytarz… Próbowałem sobie odtworzyć futrynę i podłogę z pamięci. Jakiś próg, uszczelkę. Pusto. Zresztą Anna mogła zadzwonić. Tylko wciąż nie wiedziałem, czy zgłosić wypadek, czy wrobić mnie. Przełączyłem telefon w tryb samolotowy.

Stałem oparty o ścianę ze spuszczoną głową. Dla ochrony i z bólu. Z bólu jakie wywołały we mnie wyrzuty sumienia. Czy on prosił mnie o pomoc? Nie mógł już nic powiedzieć, ale przecież patrzył na mnie. Raczej przytomnie, bo skierował na mnie wzrok. Mrużył powieki. Myślałem o chwilach, gdy mogłem próbować mu pomóc. Okazji nie brakowało. Przecież wróciłem nawet do pokoju. I znowu nic nie zrobiłem. A później, gdy Anna odjechała, mogłem wrócić do recepcji albo po prostu zadzwonić na 112. Chyba po prostu stchórzyłem. Przeraziła mnie sytuacja oraz to, że nie miałem jak się wytłumaczyć. Oczywiście, gdy zadzwoniłem później do Anny, abonent okazał się niedostępny.

- Cześć Olek! – zaczepiłem go, gdy nie zwracając na mnie uwagi zaczął przekręcać klucz w drzwiach.

- O… cześć – odpowiedział zaskoczony.

- Jesteś zajęty? Nie jestem tu przypadkowo. Mam sprawę…

Zaprosił mnie do środka. Usiedliśmy przy stole w kuchni.

Naucz się zarabiać przez Internet i spędź zimę w tropikach!

- Pokłóciłem się z dziewczyną. Ostro. Każda dalsza minuta spędzona wspólnie tylko pogarsza sytuację. Wiesz, chciałbym, żebyśmy ochłonęli, odpoczęli od siebie... – mówiąc to słyszałem sztuczność tej konstrukcji i tonu głosu, pewnie gdyby taka historia dotknęła mnie naprawdę zabrzmiałoby to zupełnie inaczej…

- Nie chcę wracać tam na noc – kontynuowałem. - Jeśli byłaby szansa, żebyś mnie przenocował na podłodze, w wannie, na strychu, to będę wdzięczny i chętnie odwdzięczę się w naturze – uśmiechnąłem się i nie czekając na odpowiedź dodałem – ale jeśli to kłopot, to mnie nie ma…

- Em… No ok. Dobrze… Rozumiem… - odpowiadał nieco zakłopotany wprowadzając mnie do środka i dodał w końcu - kanapa twoja.

Na szczęście nie zadawał więcej pytań o dziewczynę. Nawet po dwóch piwach nie poruszyliśmy tego tematu. Zresztą nie byłem zbyt rozmowny, co chwilę się zawieszałem, co pewnie dla niego było zrozumiałe, tyle, że myślałem, o czymś, o czym nie miał pojęcia. W pewnej chwili zacząłem się zastanawiać, czy wdepnąłem w krew w pokoju hotelowym. Już widziałem wyniki badań DNA…

Przestraszony chciałem sprawdzić buty, ale przecież nie mogłem tego robić przy Olku. Czekałem później w łóżku aż zaśnie, aby spokojnie obejrzeć podeszwy. Gdzieś o drugiej w nocy nie miałem już żadnych wątpliwości, że śpi. Jego chrapanie mogłoby obudzić całą armię. Wnikliwa analiza obuwia pod lampą w łazience nie przyniosła jednoznacznej odpowiedzi, więc zacząłem je szorować papierem toaletowym, co oczywiście nie było dobrym pomysłem, ale nie chciałem pozostawiać śladów na żadnej Olkowej szmacie.

– Przyjechałeś autem? – Obudził mnie trącając za ramię, było około siódmej. – Bo tu jest strefa, wiesz?

– Ok – wymamrotałem, bo po przebudzeniu włącza mi się wersja „Nie mów do mnie z rana”, i tylko czasem „Zabiję Cię, jeśli będziesz teraz mi zadawać jakieś pytania”. Na szczęście zrozumiałem jego przekaz, że przed dziesiątą rano muszę wykupić postój albo wyjechać poza strefę płatnego parkowania. Zostawił mi na szczęście drugie klucze do mieszkania. Próbowałem zasnąć, ale burza neuronów nie była sprzymierzeńcem.



Sprawdź jak rezerwować hotele na Booking.com nawet 10% taniej oraz jak kupować bilety lotnicze nawet 2% taniej.

Po jakichś dwóch kwadransach wstałem ledwie przytomny. Sięgnąłem po czajnik, nalałem wody i postawiłem na palniku. Po chwili ku mojemu zdumieniu zauważyłem, że z czajnika zaczyna coś kapać. Podniosłem go i spostrzegłem niepojętą plastikową podstawę, która właśnie się upłynniała pod wpływem oddziaływania ognia. Po co?

Po chwili dotarło do mnie, że Olek jakimś dziwnym trafem wszedł w posiadanie czajnika elektrycznego w stylu retro. Jego elektryczność zdradzała tylko plastikowa podstawa…. Pytanie „po co?” zmieniło wersję na „dlaczego ja?”. Nie wiem, czy byłem bardziej zły na swoją nieuwagę czy na to, że Olek nie odstawił czajnika na stopkę… Przepełniony wyrzutami sumienia napisałem kartkę z przeprosinami i obietnicą odkupienia czajnika.

O 9:30 byłem gotów do wyjścia. Nim skierowałem się ku klamce, postanowiłem zrobić dobry uczynek i złożyć kanapę. Tykająca w mojej głowie wskazówka niechcący dopingowała mnie do pobicia rekordu świata w szybkości składania kanap. I przekonałem się, że banalność tego mechanizmu jest tylko pozorna. Przez mój mało wysublimowany stanowczy ruch kanapa zawiesiła się gdzieś w połowie i nie pozwalała ani z powrotem rozłożyć, ani złożyć. Wściekły wyszedłem z mieszkania, przekręciłem dwa razy klucz, chwyciłem za klamkę i zszedłem z pół-parteru do bramy. Już miałem otworzyć drzwi, ale odwróciłem głowę. Na ścianie była płaskorzeźba. Chyba gipsowa. Przedstawiała dziecko z kręconymi włosami. Musiała liczyć ze sto lat, pewnie tyle co kamienica. Ładnie – pomyślałem i wyszedłem z budynku.

Postanowiłem pojechać na Osiedle Piastów, czyli wystarczająco daleko od mieszkania Olka, ale też z możliwością powrotu tramwajem. Nie chodziło przecież tylko o strefę parkowania, ale oddalenie od siebie samochodu, który i tak w końcu znajdą, a który potraktują jako wskazówkę mojej kryjówki… Była 9:40, odpaliłem auto i pojechałem Piłsudskiego w stronę alei. Wtedy mnie olśniło. Nie był to przebłysk geniuszu i nie ujrzałem gotowego rozwiązania, ale raczej zobaczyłem kierunek, w którym warto podążać.

Zawróciłem na alejach i pojechałem na ulicę Orzeszkowej, czyli tam gdzie ostatni raz widziałem Annę. Było to bardzo ryzykowne, bo mogli już odkryć zwłoki i przesłuchiwać świadków w okolicy hotelu. Zaparkowałem blisko miejsca, skąd wyjeżdżało wczoraj srebrne auto. Ani śladu policji. Znalazłem najbliższy parkomat między miejscem, gdzie widziałem auto Anny a hotelem. Była 9:51. Wykupiłem postój na 20 minut, czyli do 10:20,  schowałem potwierdzenie do kieszeni, oparłem się o ścianę kamienicy. Z lekko pochyloną głową i zaciągniętą w dół bejsbolówką układałem w głowie strzępy świeżych myśli w logiczną całość. Szukałem mocnych i słabych punktów swojego planu. Głęboko zamyślony wszedłem do spożywczego naprzeciw i kupiłem drożdżówki oraz maślankę. Na szczęście opamiętałem się i zapłaciłem gotówką. Wyszedłem i znów opierając się o ścianę raczyłem się śniadaniem. Minęła 10:04, gdy zjadłem. Było mi coraz zimniej. Widziałem swój ciepły oddech, który jak mgiełka unosił się i rozpuszczał w czystym krakowskim powietrzu. Nagle zobaczyłem, że z naprzeciwka idzie wprost na mnie, przeszywając mnie wzrokiem, jakiś mężczyzna około trzydziestki. Poczułem, że w nogach robi mi się miękko, miałem ochotę uciekać, ale czułem się sparaliżowany. Nieznajomy wpatrując się we mnie zawołał:

- Przepraszam!

Umierałem ze strachu. Po krótkiej pauzie dokończył:

- Która godzina?

A ja gapiłem się na niego przerażony, po chwili dotarło do mnie, że on naprawdę pyta tylko o godzinę.

- Dziesiąta sześć – odpowiedziałem z kamienną twarzą albo tak mi się tylko wydawało, bo wewnątrz wciąż dygotałem.

Kolejne kilka minut minęło mi na przywracaniu normalnych funkcji życiowych. Pomyślałem, że jeśli coś naprawdę się wydarzy, ktoś mnie rozpozna czy zacznie gonić albo zobaczę policjanta idącego w moim kierunku, to ze strachu chyba po prostu zesztywnieję. Może lepiej od razu iść na policję…
 

1 - 2 - 3 - 4 - 5 - 6