Również w maju:


Dziwkarze

Opowiadania / Dziwkarze


Piotr Dadok to był leń. Więc na zajęcia WF-u o 7 rano na pierwszym roku studiów polonistycznych chodzić mu się nie chciało. Alternatywa: WF albo obóz sportowy dawała oczywistą odpowiedź. I tak grudniową porą między południem a wieczorem, zwaną często popołudniem, trafił na obóz narciarski do Białki Tatrzańskiej pod trenerskie oczy słynnych instruktorów-podrywaczy Wolfa i Adamskiego. Dobrych instruktorów, żeby nie było. Podrywaczy również. Wypasioną Skodą wraz z Anką, koleżanką ze studiów, zajechał pod pensjonat. Krótko po tym jak ulokowali się w pokoju, ktoś zapukał do drzwi. Oczom im ukazał się niewinnie i grzecznie wyglądający chłopiec odziany od stóp do głów w dres. Pełna gotowość na stok już od opuszczenia autobusu.

- Czy macie wolne łóżko? - zapytał ulegle.

- Tak.

- A czy palicie? – zapytał uprzejmie, z nadzieją, bowiem już z jednego pokoju świadomie się wyprowadził rozpoznawszy preferencje współlokatorów.

- No, w piecu – powiedział Piotrek nie wiedząc, jakie konsekwencje przyniesie ta banalna, szczera odpowiedź.

Lekko lśniący dres zdobiący młodzieńca oraz jego dziwne pytania wprawiły Piotrka i Ankę w dobry humor. Wejście smoka. Pierwsze wrażenie przeważnie można zrobić tylko raz. Tym młodzieńcem byłem ja.

I mi też smutno nie było, zwłaszcza, gdy w związku z wysoką temperaturą w pokoju przykręciłem kurek kaloryfera, a Piotrek wezwał gospodarza na alarm. Ten przybył z kluczem francuskim i zaczął majstrować przy kaloryferze.

- Nie jest zepsuty, tylko zakręcony – zwrócił się do Piotrka. Bardzo powstrzymywałem się, żeby nie wybuchnąć gromkim śmiechem. Bardzo. Mój współlokator cierpiąc na wyziębienie organizmu, zamiast odkręcić kaloryfer, wezwał sztab kryzysowy. Ale trzeba przyznać, że zachował zimną krew. Mógł zadzwonić po pogotowie energetyczne.

To był prognostyk, który zlekceważyliśmy. Ta różnica w tolerancji na temperaturę do dziś nam o sobie przypomina. Przemieszczając się latem tym samym samochodem przy włączonej klimatyzacji ja siedzę w krótkim rękawie. On w swetrze. Ja za kierownicą. On z tyłu. Tam wszak jest mniejszy nawiew. Niech żyje lato. Może lepiej było powiedzieć, że palą fajki?

No ale, żeby się o tym przekonać musieliśmy spędzić ze sobą trochę czasu w samochodzie. Tymczasem w pierwszą zagraniczną podróż udaliśmy się pociągiem. Najpierw do Jeleniej Góry. W wagonie uwagę Piotrka zwróciła rudowłosa niewiasta. Stała przy oknie w korytarzu. Wpadające z impetem powietrze rozwiewało jej włosy. Zmysłowo. Szarpnął się więc na wyrafinowany lingwistycznie podryw.

- Pięknie tańczysz – powiedział podchodząc bliżej.

- Proszę? – odpowiedziała zaskoczona.

- Pięknie tańczą twoje włosy na wietrze.

No kuźwa, prawie jak Gombrowicz. Gdyby można było zważyć wstyd, który mnie ogarnął, stałbym się spaślakiem. Jaka dziewczyna poleci na taki tekst? Co pomyśli o koledze takiego podrywacza? Chwilę później zapisywał jej numer telefonu.




Nudziłem się. Czułem się nawet trochę odtrącony, niekochany. Może wręcz zazdrosny? Z nudów poszedłem na spacer. Nieoczekiwanie dotarłem do toalety i znalazłem sobie zajęcie. Polski geniusz myśli technologicznej nie przewidział, że w trakcie jazdy pociągu klapa i deska mogą opadać. A opadnięta klapa i deska w przypadku mężczyzny oddającego mocz często wchodzi z nim (czyli z moczem) w interakcję. I to nie kwestia nieudolności w celowaniu, ale raczej nieudolności w synchronizacji ruchu bioder z kołysaniem wagonu. O ile jednak mężczyzn może bawić wybryzgiwanie kubistycznych szkiców na prawo i lewo w toalecie, to jeśli odbiorcami takiej sztuki są kobiety, to taka twórczość mało je podnieca. Kierując się więc empatią postanowiłem powstrzymać skłonność klapy do opadnięcia. Szkopuł polegał w tym, że przede mną był już tu jakiś Picasso. Wszystko było po prostu zasikane. Tymczasem nikt w procesie wychowania nie nauczył mnie jak podnieść zasikaną klapę. Przedszkole, podstawówka, liceum, a teraz studia wyższe. A ja dalej nie wiem, jak podnieść zasikaną klapę w kiblu. Chuj będzie, nie magister. Oczywiście uczono mnie mycia rąk, ale raz na milion pociągów PKP nie ma w nim wody w toalecie. I to akurat był ten wyjątkowy dzień. Ale! Odkryłem papier toaletowy wciśnięty w kąt. Wciśnięty w kąt zasikanej podłogi ma się rozumieć. No dobrze, dolna warstwa jest stracona, ale górna? Wciąż sucha. Delikatnymi ruchami odrywałem więc krótkie fragmenty niemokrego papieru. Warstwa po warstwie.

Tymczasem pociąg gnał jak szalony i w tym jego niepohamowanym pędzie rzucało mną z impetem o wszystkie ściany ubikacji. Wybitny refleks pozwalał mi w ostatniej chwili zachować równowagę, oprzeć się, złapać klamki. Czegokolwiek. I nie pieprznąć na mokradła. Wciąż pozostawałem suchy. Po kilku minutach miałem też już sporo listków toaletowych. W ich asyście podniosłem zasikaną klapę i deskę sedesową. Mogłem ją tak utrzymać a drugą ręką prowadzić równolegle działania operacyjne. Ale pociąg wciąż sprytnie próbował mną rzucać na prawo i lewo. Musiałem obmyślić plan uwolnienia jednej ręki w celach bezpieczeństwa. W tej sytuacji podniesioną klapę i deskę przyszpiliłem do ściany podeszwą buta. Jedną ręką złapałem się za uchwyt okna, a drugą mogłem już bezpośrednio asystować. W ten sposób miałem nawet trzy punkty oparcia ratujące przed upadkiem na zaszczaną podłogę. Na dodatek służyłem społeczeństwu nie domaczając jeszcze bardziej deski. Niestety okno zaczęło się otwierać, zjeżdżając w dół, a mnie sprowadzając tym samym do pozycji półkucącej tuż nad Śniardwy szczyn pociągowych.

Gdybym miał wtedy telefon robiący zdjęcia pewnie próbowałbym go wyciągnąć i zrobić pamiątkowe zdjęcie. Choć czy dałoby się to zrobić w sterylny sposób? Tak właśnie umilałem sobie chwile tonąc w falujących z lewej na prawą szczynach, podczas gdy Piotrek tonął w rozmowach z rudą. Szczęśliwie miałem wysokie podeszwy, więc prawdopodobnie spełniałem normy BHP PKP. Po kilku kolejnych minutach zmagań z tym fascynującym przyrodniczym zjawiskiem, zwycięsko wyszedłem z toalety, mimochodem wcierając jej pochodną w podłogę korytarza.

Naucz się zarabiać przez Internet i spędź zimę w tropikach!

Na szczęście nie było to jedyne okno w tym pociągu i nie była to jedyna samotna dziewczyna. Dojrzałem piękną brunetkę, pół wagonu dalej. Pamiętam do dziś, że jej równo ścięte włosy sięgały niemal ramion. Z każdym kolejnym krokiem byłem bliżej i bliżej dziewczyny, a podeszwy moich butów były suchsze i suchsze...

Przystanąłem przy oknie wcześniej, czyli jakieś dwa zaszczane kroki przed dziewczyną. Długo kombinowałem zajawkę. Nie chciałem też wyjść na plagiatora w kwestii tańczących włosów.

- Wiesz, że ten pociąg woził pasażerów podczas II wojny światowej? - tym tekstem z pewnością bym ją zaintrygował, ale trudno byłoby uargumentować taką ciekawostkę. Poza tym lubię być szczery. Dlatego wolałem tekst:

- Wiesz, że mam podeszwy zaszczane cudzym moczem? - ale to mimo niewątpliwej wartości poznawczej chyba mogło zrodzić niewłaściwy klimat dla rozmowy. Po burzy wewnętrznych dialogów wypaliłem:

- Niech zgadnę, masz ponad 170 cm wzrostu? - geniusz tkwi w prostocie. Dziewczyna parsknęła śmiechem i tak zaczęła się nasza rozmowa. Piotrek mi później tłumaczył, że albo potraktowała to jako absurdalne poczucie humoru i autoironię, albo intrygowali ją mężczyźni niedostosowani społecznie.

Po wymianie dosłownie czterech zdań, podczas których dowiedziałem się, że ma na imię Ania, pociąg zatrzymał się. Wysiadła. Niepierwszy raz pogratulowałem sobie skuteczności prokreacyjnej. Na pisanie podręczników o podrywaniu było zdecydowanie za wcześnie.

Pomyślałem, że może tracę życiową szansę. A może tylko moje ego podświadomie rywalizowało z Piotrkiem?

Ponieważ to była też nasza stacja, więc odszukałem na dworcu Anię i zapytałem o numer. Była zaskoczona moim ponownym pojawieniem się i pytaniem o numer. Ale podała go. Stacjonarny. Tak, wtedy jeszcze podawało się numery stacjonarne.

Rozstaliśmy się z dziewczętami. Fajne dziołchy były, więc żal też był. Nie wiedzieliśmy, że nasze pierwsze wyrafinowane doświadczenia seksualne były tuż, tuż.

Z Jeleniej Góry zajechaliśmy autobusem do Jakuszyc, tam pieszo przedreptaliśmy przez granicę do Harrachova, gdzie miał po nas przyjechać Roman, krewny mojej kuzynki Maryli, do której udaliśmy się w gościnę, do małej górskiej miejscowości Semily.

Co jest pięknego w podróżowaniu? Realizacja marzeń? Czasem jednak nie udaje się osiągnąć jakiegoś celu. W podróży nie wszystko zależy od nas. Nie mamy wpływu na pogodę, ceny, dostępność biletów ani humor ludzi, do których należą ważne dla nas decyzje. A jednak sam proces podróżowania może być już wartością samą w sobie. Odkrywanie nowych miejsc, kultur, ludzi, a czasem samego siebie. W nowych sytuacjach można dużo dowiedzieć się właśnie o sobie. A do tego jeszcze odpowiedni kompan, z którym nie będziemy się nudzić, prowadzić ciekawe, rozmowy. Czasem prowokacyjne, testujące naszą otwartość. Czasem tylko banalne i zabawne, a czasem ambitne, skłaniające do przemyśleń. I gdy tak dreptaliśmy po asfalcie przecinającym pachnący sosną czeski las, moje refleksje przerwał Piotrek:

- Poczekaj tu, muszę się wysrać.

Piętnaście minut później czekaliśmy na przystanku jak głupole na Romana. Jacyś dobrzy ludzie w komisariacie pozwolili nam do niego zadzwonić. Okazało się, że Roman od trzydziestu minut jeździ po Harrachovie. W końcu nas znalazł, wcześniej nie poznawszy, że my to my. Ja zresztą też nie wiedziałem jak wygląda Roman w aucie.

1 - 2